Opinie

Absurdalne pytania nie najlepiej świadczą o rekruterze

materiały prasowe
Po felietonie sprzed dwóch tygodni dostałem sporo komentarzy od czytelników, z których część nie dowierzała, że takie sytuacje na rozmowach rekrutacyjnych mogą mieć miejsce. Poza zachowaniem prowadzących spotkania często pojawiają się też dziwne czy wręcz absurdalne pytania.
Zacznę od anegdoty, która dotyczy rozmowy kwalifikacyjnej na wydział aktorski jednej z uczelni. Znudzona wielogodzinnymi przesłuchaniami komisja egzaminacyjna jednemu z ostatnich kandydatów poleciła zagranie... zsiadłego mleka. Na przygotowanie się do roli niedoszły żak dostał pięć minut. Przesiedział ten czas na krześle, nie wykonując żadnych czynności, a gdy w końcu komisja poprosiła go o zaprezentowanie swojej roli, niedoszły student najmocniej przeprosił grono profesorskie i stwierdził, że jeszcze się... nie zsiadł. Oczywiście na takie pytania można sobie pozwolić tylko w bardzo wyjątkowych i specyficznych sytuacjach. W zasadniczej większości firm nie mają one żadnego sensu, ale się zdarzają. Absolutnym hitem jest pytanie z serii rozważań filozoficznych, czyli: „Co by pan zrobił, gdyby miał pan moc samego Boga?".
Nie bardzo rozumiem, do czego miało prowadzić to pytanie, ale z pewnością kandydat pomyślał, że chętnie zamieniłby swojego rozmówcę w jakieś paskudne stworzenie. Kolejne pytanie z serii absurdów rekrutacyjnych, często zresztą powtarzane, to: „Gdyby miał pan wybrać superbohatera, to kim chciałby pan zostać?". Większość kandydatów pewnie pomyślałaby o Supermanie, aby móc szybko się ulotnić. Kreatywność niektórych rekruterów jest ogromna, bo potrafią spytać kandydata, jakim kolorem chciałby być, czy też kim byli jego przodkowie. To są oczywiście przykłady absurdalnych pytań, ale pojawiają się też i takie, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie normalnych, ale nimi nie są. Przykład: „Jakim szefem jest pani były przełożony?". Albo: „Co się panu nie podobało w poprzedniej firmie?". Mogę przypuszczać, że rekruter chce w ten sposób wpuścić kandydata w kanał, dając mu możliwość wypowiedzenie maksymalnie negatywnych opinii na temat byłych pracodawców. Oczywiście część osób się na to nabiera i nie szczędzi epitetów, co automatycznie je eliminuje z dalszego udziału w rekrutacji. Dla mnie są to zachowania mocno nieetyczne, bazujące na bardzo pierwotnych instynktach.
Rekruterzy często myślą, że zadając zaskakujące pytanie kandydatowi, sprawdzą jego inteligencję oraz spryt. Nie zdają sobie jednak sprawy, że w ten sposób ośmieszają nie tylko siebie, ale również firmę, w której pracują.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL