fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Nie bójmy się dyskutować o przyjęciu euro

Adobe Stock
Korzystne doświadczenia pierwszej dekady strefy euro kontrastują z drugą, kryzysową dziesięciolatką.Ale czy od zachwytu nad korzyściami z unii walutowej nie popadliśmy w nadmierny defetyzm?

Z uwagi na dużą rolę czynników społecznych w kształtowaniu akceptacji dla wspólnego pieniądza konieczne jest monitorowanie i pogłębione analizy niezależnie od faktu, że dziś nie wybieramy się do euro. Chodzi o to, by nie bazować na obiegowych opiniach, ale dogłębnie rozpoznać naturę konwergencji w unii walutowej.

Wbrew intuicji osiągnięcie średniej unijnej pod względem dochodów na głowę nie zapewnia bezpieczeństwa w strefie euro. Irlandia, choć znacząco różna od Polski, weszła w kryzys, mimo że jej PKB per capita wynosił aż 130 proc. średniej strefy euro.

Wbrew powszechnej opinii w krajach ze wspólną walutą poparcie dla niej nie spadło znacznie w okresie kryzysu. Co prawda zmniejszyło się poparcie dla takich instytucji jak EBC, Komisja Europejska (KE) czy Parlament Europejski, ale obywatele docenili utylitarną funkcję wspólnego pieniądza.

Od zachwytu do kryzysu

Wbrew oczekiwaniom eliminacja walut lokalnych nie ustrzegła krajów strefy euro przed ryzykiem spekulacji na rynkach finansowych. Przeciwnie, w kryzysie bycie w unii walutowej mogło się wiązać z większym ryzykiem niż bycie poza nią. Ryzyka spekulacji i zarażania na rynkach finansowych, niewypłacalności rządów i rozpadu strefy euro były emanacją procesów z pierwszych lat euro. Narastaniu problemów sprzyjała nieadekwatność polityki EBC, a tanie finansowanie wywołało pewną odmianę „choroby holenderskiej". Łatwość finansowania promowała sektor dóbr niewymienialnych, mniej wydajny niż produkcja na eksport.

Doświadczenia kryzysowe wskazują, że sztywny kurs walutowy może tworzyć istotne ryzyka dla gospodarek doganiających. Stabilizacja kursu nominalnego nie gwarantuje stabilizacji kursu realnego. Ponadto obniżka płac i kosztów jako element dostosowania do szoków może działać destrukcyjnie, kiedy podobnie postępuje grupa krajów powiązanych sztywnym kursem. Abstrahując od skuteczności dostosowań cenowo-kosztowych (podlega negocjacji w przeciwieństwie do zmian kursowych), ich jednoczesne uruchomienie w krajach unii walutowej może prowadzić do spirali deflacyjnej.

Warto zwrócić uwagę nie tylko na możliwości reaktywnego wykorzystania kursu walutowego, ale też jego prewencyjny aspekt. Nominalna aprecjacja kursu m.in. zmniejsza skalę nadmiernego zadłużenia w walutach obcych i ogranicza napływ kapitału.

Dziś wiemy, że działanie wewnątrz unii walutowej, która nie jest wyposażona w skuteczne mechanizmy stabilizacyjne, może w kryzysie prowadzić do większej podatności na zarażanie i spekulację. Przy braku efektywnych narzędzi rozstrzygania problemów systemowych niemal każdy większy kryzys lokalny w kraju strefy euro może się przekształcić w kryzys całej strefy. Należy jednak zauważyć, że ostatnio podjęto reformy, które mają osłabić zagrożenia lub im zapobiec (sześciopak, dwupak, unia bankowa).

Korzyści ekonomiczne a korzyści polityczne

W obliczu oczekiwanego pogłębienia integracji wewnątrz strefy euro nie sposób nie odnieść się do rozważania obecności w unii walutowej w kategoriach korzyści politycznych. Mogą one dominować w krajach małych o specyficznym położeniu geopolitycznym, jak republiki bałtyckie. W kraju o średniej wielkości, ze względnie zrównoważoną gospodarką i dużym przemysłem, skala korzyści politycznych jest powiązana z czynnikami ekonomicznymi. Tymczasem jeden z nurtów myślenia o strefie euro wskazuje, że pozostawanie poza nią obniża rangę kraju.

Należy jednak mieć na uwadze, że jeśli konsekwencją pogłębionej integracji instytucjonalnej będzie system nadmiernie dyskryminujący kraje „nie euro", wytworzy to pokusę dążenia do wspólnej waluty dla samych korzyści politycznych, bez pełnego przygotowania ekonomicznego. Wówczas pogorszenie wyników gospodarczych osłabi siłę argumentów politycznych. Nie jest to scenariusz optymalny dla całej UE i strefy euro.

Euro a globalny łańcuch wartości

Ekonomiści na ogół postrzegają miejsce kraju w łańcuchu wartości w kontekście dominujących przemysłów, a nie tworzących je firm. Tymczasem jeśli wierzyć nowym nurtom teorii handlu, to przede wszystkim cechy przedsiębiorstw, a nie gospodarek, decydują o konkurencyjności. Wiemy też, że na zdolność firm do konkurowania i umiędzynarodowienia wpływa wiele czynników związanych z wewnętrznymi ich zasobami.

Bez wątpienia utrzymywanie własnej waluty i kursu, zwłaszcza przejściowo niedowartościowanego, daje więcej przestrzeni na dostosowanie do wstrząsów i pewną premię w eksporcie. Jednak w miarę przesuwania się w górę łańcucha wartości i wzrostu dochodów będzie rosła rola pozyskiwania aktywów niematerialnych i akwizycji zagranicznych firm przez polskie, a więc i rola silniejszej waluty.

Ryzyko kursowe stanowi dziś element tzw. kosztów utopionych i barierę dla umiędzynarodowienia polskich przedsiębiorstw. I choć eksporterzy są tylko jednym z sektorów gospodarki, to z kilku powodów są bardzo ważni: tworzą innowacje, są zwykle bardziej wydajni i płacą wyższe wynagrodzenia, co przyczynia się do poprawy poziomu życia całego społeczeństwa. Dlatego, choć np. w Niemczech czy Japonii są silne sektory eksportowe i mało wydajne usług wewnętrznych, to głównie sektor eksportowy wyznacza wysoki poziom wynagrodzeń w całej gospodarce.

Tym samym dochodzimy do istotnej kwestii wpływu euro na handel zagraniczny, wokół czego narosły nieporozumienia. To prawda, że oczekiwania tego wpływu na handel były nadmiernie optymistyczne. Dziś wiemy, że jest on znacząco mniejszy, ale wiemy też, że wystąpił. Po pierwsze, efekt euro (rozumiany jako wpływ na eksport i inwestycje bezpośrednie) jest zauważalny w wymiarze 5–10 proc., wygasa w czasie i należy go postrzegać jako komplementarny względem efektu jednolitego rynku.

W ostatnich dwóch dekadach obok wprowadzenia wspólnej waluty istotnym czynnikiem determinującym handel w krajach UE było również przystąpienie do niej krajów w 2004 r. Towarzyszący obu zjawiskom napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) do UE10 doprowadził do istotnej integracji realnej tych krajów ze strefą euro, dzięki czemu Polskę można uznać za kraj o silniejszych związkach z głównymi krajami unii walutowej niż w przypadku gospodarek peryferyjnych (Grecja, Portugalia, Irlandia).

Po drugie, badania potwierdzają występowanie efektu euro w roli mechanizmu stymulującego eksport poza eurostrefę. Może on wynikać z pełnienia przez euro funkcji drugiej waluty międzynarodowej. Po trzecie, skala efektów euro jest zależna od charakterystyki sektorów – najbardziej zauważalny wpływ dotyczy sektorów o niedoskonałej konkurencji, opartych na korzyściach skali oraz zaangażowanych wewnątrz struktur międzynarodowych łańcuchów wartości.

Po czwarte, euro wywołało zmiany jakościowe w działaniu przedsiębiorstw, wśród których można wyróżnić kilka istotnych procesów:

• mniej produktywne podmioty zdecydowały się na eksport – euro obniżyło próg wielkości przedsiębiorstwa gotowego do zaangażowania na rynku eksportowym, redukując tzw. koszty utopione,

• eksporterzy wprowadzali nowe produkty i wchodzili na nowe rynki,

• nastąpiło zwiększenie wolumenu eksportu – to dominujący kanał, w jakim ujawnił się efekt euro,

• większa presja konkurencyjna wymusiła dostosowania strukturalne, w tym konwergencję cen.

Mimo że kryzys zapanował w całej strefie euro, to badając odporność firm, zauważyliśmy, że sposób i poziom zaawansowania internacjonalizacji może mieć znaczenie dla podatności firm na szok m.in. na skutek efektu dywersyfikacji. Firmy będące jedynie eksporterami bądź eksporterami produkującymi na bezpośrednie zamówienie importerów radziły sobie słabiej w kryzysie. Bardziej zaawansowane formy umiędzynarodowienia (firmy zamawiające dobra u importerów, globalni eksporterzy – kierujący swoje produkty na wiele rynków) w większym stopniu chroniły przedsiębiorstwa w kryzysie. Jednocześnie wyższa pozycja firmy w łańcuchu wartości zapewniała większą odporność na wstrząsy, tak jak posiadanie zasobów aktywów niematerialnych, bo zwiększało to zdolność do przerzucania kosztów dostosowań na innych uczestników łańcucha.

Pragmatyzm niezależnie od daty

Jak powiedział jeden z czołowych polskich ekonomistów, patrząc „z perspektywy historycznej, przyjęcie euro nastąpi... jutro". Dlatego zamiast licytacji na daty wejścia należałoby dążyć do ustalenia warunków kwalifikacji i koniecznych reform. Sposób zdefiniowania i ocena kryteriów konwergencji przez instytucje europejskie może wpłynąć na bilans korzyści i kosztów integracji walutowej.

Są silne argumenty na rzecz dyskusji o możliwości modyfikacji kryteriów konwergencji z Maastricht, w tym głównie kryterium kursowego (pobyt w ERM II może mieć charakter kryzysogenny bądź sprzyjać nadmiernej aprecjacji i przewartościowaniu złotego). Praktyka interpretacji spełnienia tego kryterium wskazuje na ukształtowanie asymetrycznego pasma, dopuszczając aprecjację oraz rewaluację kursu, wykluczając jego dewaluację oraz głębszą deprecjację. Dlatego potrzeba większej elastyczności KE i EBC w ocenie spełnienia kryterium kursowego. Jest konieczna, aby skorzystać z zalet szerokiego pasma wahań +/-15 proc. Taka interpretacja jest zgodna z przepisami i wymaga tylko zmiany praktyki. Nie jest też niezgodna z zasadą równego traktowania, a raczej odzwierciedla racjonalną interpretację reguł. Podobnie należałoby się domagać większej elastyczności co do postawionego Bułgarii i Chorwacji warunku wejścia do unii bankowej jeszcze przed wejściem do ERM II.

Przy takim rozumieniu spraw euro może być czynnikiem mobilizującym do zmian, wyznaczającym strategiczne kierunki działania i zachęcającym do społecznej i politycznej koalicji celów. Nie chodzi przy tym o to, że postrzegamy strefę euro jako bezpieczną przystań, bo mimo wspomnianych wcześniej reform wciąż tak nie jest. Niemniej działanie w pojedynkę w obliczu siły mocarstw, jak Chiny, Rosja czy USA, ma małe szanse powodzenia. Jesteśmy w sercu UE i powinniśmy brać udział w reformowaniu strefy euro. Pozostając całkiem obok, a tym bardziej kontestując próby uporządkowanej dalszej integracji, sprawiamy, że jest to trudniejsze.

Nie mówimy, że euro należy przyjąć już dziś. Wręcz przeciwnie, sugerujemy ostrożność. Niemniej łatwo odkładać datę wejścia, a nawet dyskusję o niej, bo dzięki dobrej koniunkturze mamy wrażenie wyższości naszego modelu gospodarczego nad zachodnim. Koniunktura jest jednak cykliczna i nasz stosunek do euro będzie się zmieniał wraz z nią, a nawet ze zmianami kursu złotego wobec euro.

Nawołujemy do pragmatycznego, długofalowego podejścia do problemu, co upewni nas, że przestawiamy nasz sposób myślenia na właściwe tory, które w pewnym momencie doprowadzą nas do unii walutowej – bez doraźnej dyskusji, kiedy ma to nastąpić, ale raczej co zrobić, krok po kroku. Taki sposób działania z jednej strony pozwoli odnosić korzyści polityczne (minimalizować straty) kraju aspirującego do strefy, który bierze udział w tworzeniu ram jej działania, a z drugiej, pozwoli na zachowanie elastyczności polskiej gospodarki.

Prof. Alojzy Zbigniew Nowak jest dziekanem Wydziału Zarządzania UW, a dr Grzegorz Tchorek pracownikiem Katedry Gospodarki Narodowej na tym wydziale

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA