fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jaka polityka migracyjna

shutterstock
Bez imigrantów daleko nie zajedziemy. Ułatwijmy i im, i sobie wspólną budowę dobrobytu naszego kraju.

Opracowana w 2012 r. „Polityka migracyjna Polski..." została w 2016 uchylona i potrzeba było aż trzech lat, by Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) wypichciło nową, która budzi wiele kontrowersji. W świetle zmian demograficznych w Polsce braki rąk do pracy, dzisiaj wynoszące co najmniej 1,5 mln osób, wzrosną do 2030 r. do 3 mln.

W obu „politykach" podkreśla się, że sytuację poprawi imigracja pracowników z zagranicy, głównie z Ukrainy, ale i z Białorusi, Bułgarii czy Gruzji. Imigrację ogranicza jednak wyjątkowo restrykcyjna polityka rządu, który pod fałszywym pretekstem ochrony kraju przed terrorystami i zagrożeniem religijnym praktycznie zamknął granice Polski przed przybyszami z takich krajów jak Syria, Irak czy Afganistan.

Kardynalnym błędem jest sygnalizowany w dokumencie z czerwca plan wprowadzenia modelu asymilacyjnego zamiast potrzebnego w naszych warunkach integracyjnego (asymilacja to proces czasami wielopokoleniowy). Zmuszanie imigrantów do asymilacji – czytaj: przyswojenia polskiej kultury, w tym dominującej religii – jest niedorzeczne.

Proponowane wyśrubowane warunki uzyskania polskiego obywatelstwa są niemożliwe do spełnienia nie tylko przez większość potencjalnych imigrantów. Jestem przekonany, że wielu naszych współobywateli nie byłoby w stanie im sprostać. Dokument MSWiA preferuje krótkookresowe pobyty imigrantów związane z pracą, jego autorzy nie zdają sobie sprawy z tego, że biurokratyczne wymogi i wlokące się miesiącami postępowanie przekreślają możliwości szybkiego, potrzebnego dla gospodarki uzupełnienia rynku pracy poprzez imigrację zarobkową.

Opinie przedsiębiorców, którzy borykają się z niedoborem pracowników (budownictwo, usługi, informatyka, lekarze, pielęgniarki, produkcja itd.), najwyraźniej nie są znane autorom dokumentu albo są ignorowane. Przeciętny czas kompletowania dokumentów przed wysłaniem ich do polskiej placówki za granicą dla uzyskania wizy to aż 6–9 miesięcy. Potem okazuje się, że wizę otrzymuje 3–10 proc. starających się, bo konsulaty kierują się własnym widzimisię. W urzędach szczebla wojewódzkiego brakuje pracowników zajmujących się pozwoleniami na pobyt, podobnie w konsulatach. Efektem jest chroniczny brak pracowników w kraju, co prędzej czy później wyhamuje wzrost gospodarki.

Płonna jest nadzieja władzy na liczne powroty z emigracji z Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Kto tam się zadomowił, posłał dzieci do żłobka lub szkoły (lepszej niż w Polsce), kto nabył tam nieruchomość i ma do czynienia z przyjazną i pomocną biurokracją, ten z pewnością do kraju nie wróci. Zasób do potencjalnej repatriacji ze Wschodu (Kazachstan, Uzbekistan itd.) się kurczy. Nie widać też, by władze były przygotowane na integrację repatriantów w liczbie większej niż kilkadziesiąt osób rocznie.

Odpowiedzią na zapaść rynku pracy jest odbiurokratyzowanie dostępu do Polski dla tych wszystkich, którzy bez względu na narodowość, religię i kolor skóry są gotowi przyjechać, pracować w naszym kraju i tu płacić podatki oraz składki ZUS. To np. wymóg rozpatrzenia każdego wniosku w najwyżej 90 dni, ograniczenie liczby niezbędnych dokumentów, odstąpienie od wymogu tłumaczenia ich na polski.

Potrzebna jest też budowa zaplecza integracyjnego, gdzie imigranci uczyliby się podstaw języka polskiego i prawa pracy, poznawaliby podstawowe informacje o Polsce. Do takiego programu finansowanego przez budżet powinni się dołożyć przedsiębiorcy i samorządy z terenów z niedoborem rąk do prac. I tu apel do mediów prywatnych i publicznych. W kraju pracuje 1–2 mln cudzoziemców, głównie Ukraińców. Czy nie należy im się np. cotygodniowy dodatek lub audycja w ich języku o tym, co się w Polsce ważnego dzieje, z poradami o przysługujących im prawach?

Bez imigrantów daleko nie zajedziemy. Ułatwijmy i im, i sobie wspólną budowę dobrobytu naszego kraju. Przecież kiedyś ze względu na zmiany klimatu możemy mieć na naszych granicach nie kilkanaście tysięcy imigrantów, ale kilka milionów uciekających przed katastrofalnymi suszami, głodem i wojną. Może to nie jest dzisiaj nasz problem, ale jutro będzie problemem naszych dzieci i wnuków.

Dr Hubert A. Janiszewski jest ekonomistą, członkiem Polskiej Rady Biznesu i rad nadzorczych spółek notowanych na GPW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA