fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Taksa adwokacka: Interpelacje w obronie złej sprawy

123RF
Posłowie bronią tych, którzy niesłusznie wywołali spór sądowy i po przegranej nie chcą zwracać wygrywającemu kosztów – przekonuje prawnik Rafał Dębowski.

Ze zdumieniem przeczytałem informację o interpelacjach posłów Marka Polaka i Łukasza Zbonikowskiego w sprawie podwyżek tzw. taks adwokackich i radcowskich. Nie dziwi mnie stawianie pytań Ministerstwu Sprawiedliwości. Dziwi mnie bijące z treści obu interpelacji głębokie niezrozumienie roli, jaką odgrywa instytucja taksy adwokackiej w sprawach z wyboru oraz swoista przewrotność w ocenie obecnej wysokości stawek. Bo taksa adwokacka w sprawach z wyboru to wcale nie wynagrodzenie należne adwokatowi. Wynagrodzenie ustala umowa adwokata z klientem, co wystarczy sprawdzić w ustawie. Natomiast taksa adwokacka w sprawach z wyboru ustala, zwrotu jakich kwot może się domagać wygrywający sprawę od przegranego. To prawo strony wygrywającej sprawę do zwrotu poniesionych kosztów usług adwokata.

Rozwód to nie prostowanie włosów

Nie wiem, czyich interesów chcieli bronić posłowie, ale z treści interpelacji wynika, że bronią interesów tych, którzy nie mają racji. Bronią racji tych, którzy spowodowali konieczność prowadzenia procesu, a po przegranej nie chcą ponosić finansowych konsekwencji swoich złych decyzji. Bronią tych, którzy niesłusznie wywołali spór sądowy i po przegranej nie chcą zwracać wygrywającemu faktycznie poniesionych kosztów zastępstwa procesowego. Bronią złej sprawy! Jeden z posłów pisze do ministra: „na przykład: za rozwód będzie to 720 złotych (1080 zł, jeśli sąd orzeka o winie rozkładu pożycia) – do tej pory stawka ta wynosiła 360 złotych". Jak wiadomo, ceny usług adwokackich ustala umowa adwokata z klientem, a nie rozporządzenie w sprawie taksy adwokackiej. Realia rynkowe, w tym wypadkowa wysokich kosztów prowadzenia działalności adwokackiej, ustaliły stawkę na poziomie kilkakrotnie wyższym niż 360 złotych. Każdy, kto zna dzisiejszą wartość pieniądza i choć trochę orientuje się w realiach rynkowych, wie, że nie da się znaleźć adwokata, który poprowadzi jedną z najważniejszych życiowych spraw – sprawę o rozwód – za cenę niższą niż koszt „keratynowego prostowania włosów" w jednej z popularnych sieci salonów fryzjerskich (bo keratynowe prostowanie włosów kosztuje 449 zł i „nie podlega żadnym rabatom"). Skoro z góry wiadomo, że żadna ze stron sprawy o rozwód nie znajdzie adwokata gotowego poprowadzić sprawę o rozwód po dumpingowej cenie 360 zł, to żądanie powrotu do stawek sprzed podwyżki w rzeczywistości oznacza żądanie powrotu do skrajnej różnicy między faktycznym kosztem prowadzenia sprawy o rozwód a tym, co zostanie wygrywającemu zwrócone, gdy wygra sprawę. Powstaje oczywiście pytanie, czemu skrzywdzona życiowo kobieta (względnie mężczyzna – w tym przykładzie nie ma to znaczenia), wygrywając sprawę o rozwód, nie może żądać od byłego męża, który ją skrzywdził, doprowadzając do konieczności żądania rozwodu, pokrycia realnych kosztów, jakie poniosła na usługi adwokata? Dlaczego w takiej sytuacji były mąż ma być zwolniony od ponoszenia na rzecz byłej żony faktycznych finansowych konsekwencji swoich czynów? Nie znam rozsądnej odpowiedzi na te pytania, poza jednym: z interpelacji przemawia zwykła demagogia.

Co ogranicza dostęp do sądu

Demagogią jest twierdzenie, że podwyższone stawki taksy adwokackiej mogą ograniczyć dostępność usług prawnych. Jak pokazuje doświadczenie ostatnich przeszło 13 lat obowiązywania starej taksy, rozdźwięk między cenami rynkowymi (mimo geometrycznego przyrostu liczby profesjonalnych prawników) a stawkami z taksy doprowadził do tego, że klienci niejednokrotnie rezygnowali z usług profesjonalisty i to nie dlatego, że nie było ich stać na poniesienie rynkowego kosztu wynagrodzenia, ale przez to, że nie chcieli tracić pieniędzy, wiedząc, że w razie wygrania sprawy przeciwnik i tak im nie zwróci całych kosztów.

Demagogia przejawia się również w tym, że najwyższa stawka minimalna (w sprawach, których wartość przekracza 200 tys. zł) podwyższona została do 14,4 tys. zł, gdy opłata sądowa za prowadzenie takich samych spraw to wydatek dla strony od 10 tys. zł aż do 100 tys. zł. Pustosłowie zarzutu, że urealnione stawki taksy ograniczają prawo do sądu, widać wyraźnie, gdy weźmie się pod uwagę fakt, iż uiszczenie opłaty sądowej jest warunkiem rozpoznania sprawy przez sąd, a kwoty wynikające z taksy adwokackiej sąd zasądza na rzecz wygrywającego w wyroku kończącym postępowanie w sprawie i są one płatne dopiero po uprawomocnieniu się orzeczenia. Jeśli więc coś ogranicza dostęp do sądu, to opłaty sądowe, a nie koszty zastępstwa procesowego, zasądzane na rzecz wygrywającego sprawę.

Oceniając uczciwie treść interpelacji, trzeba wskazać, że w żadnej z nich autorzy nie dostrzegli mechanizmów chroniących interes najsłabszych. Czasem rzeczywiście zdarzają się sytuacje, w których zasądzenie od przegrywającego nawet złotówki byłoby krzywdzące i niesprawiedliwe. Lecz każdy sąd, na mocy przepisów proceduralnych, posiada instrumenty umożliwiające odstąpienie lub zredukowanie wysokości kosztów zastępstwa procesowego czy opłat sądowych. Sprawiedliwy wyrok uwzględnia takie okoliczności bez potrzeby powracania do niesprawiedliwych rozwiązań systemowych, krzywdzących w istocie wszystkich tych obywateli, którzy nie byli winni konieczności prowadzenia spraw sądowych.

Rafał Dębowski, warszawski adwokat, sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA