fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jędrzej Bielecki: Brzeziński nigdy nie dał się zaślepić Ameryką

PAP/Paweł Supernak
Zbigniewa Brzezińskiego zapamiętałem najlepiej z lat 2006-2007, gdy Ameryka George’a W. Busha coraz mocniej brnęła w konflikt iracki. To był okres, gdy Stany Zjednoczone wciąż jeszcze wierzyły w “koniec historii”: utrzymanie na wieczność Pax Americana po załamaniu Związku Radzieckiego kilkanaście lat wcześniej.

Ale do Waszyngtonu docierało już coraz więcej niepokojących sygnałów świadczących o tym, że hegemonia USA może okazać się trudna do utrzymania. Nad Potomakiem ze zdumieniem odkrywano, że Arabowie wcale nie marzą o przyjęciu “american way of life”, a wręcz są gotowi z bronią w ręku się temu przeciwstawić. Amerykańskie firmy z coraz większym trudem konkurowały już nie tylko z japońskimi ale też chińskimi rywalami. A model rozwoju kraju oparty o nieokiełzany rozwój usług finansowych, który wkrótce miał doprowadzić do największego kryzysu od trzech pokoleń, dawał pierwsze poważne oznaki załamania.

Brzeziński niekoniecznie wiedział, jak temu skutecznie zaradzić. W końcu gdy był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Jimmy Cartera, Ameryka przeszła okres wyjątkowej słabości na arenie międzynarodowej, z której musiał ją wyciągać Ronald Reagan. Ale Zbig miał jedną rzadką wśród elit amerykańskich cechę: potrafił spojrzeć na politykę światową z perspektywy nie tylko USA, ale także innych wielkich graczy, przynajmniej próbować zrozumieć ich mentalność i interesy.

To chyba przede wszystkim dlatego nawet wiele lat po opuszczeniu Białego Dom był wciąż zapraszany przez czołowe amerykańskie media, pozostał ważnym uczestnikiem debaty o przyszłości Stanów Zjednoczonych.

Ten kluczowy atut Brzeziński zawdzięczał w ogromnym stopniu utrzymaniu ścisłych związków z Polską. Gdy zacząłem pracę jako korespondent “Rzeczpospolitej” w Waszyngtonie, przeżyłem ten sam szok, co wszyscy inni, europejscy dziennikarze: brak dostępu do polityków już nie tylko pierwszej ale i drugiej ligi. Poczucie, że Amerykanie są skoncentrowani wyłącznie na sobie, obce media ich nie interesują.

Brzeziński był jednym z nielicznych wyjątków. Wywiadów udzielał rzadko, chciał, aby były one wydarzeniem. Wtedy zawsze upierał się, aby były przeprowadzone po polsku, nawet, jeśli czasem musiał szukać odpowiednich słów.

Mimo postępującego wieku zawsze dystyngowany, prosty, energiczny, mówił krótkimi zdaniami, konkretnie. Gdy już zabierał głos, to najczęściej, aby spojrzeć na wyzwania Ameryki z innej strony, aby ująć problem w taki sposób, o którym jeszcze nikt nie myślał.

To zaskakiwało, bo już wtedy, 10 lat temu, Ameryka była owładnięta światem coraz bardziej zuniformizowanego przekazu, do którego tak bardzo przyczyniła się rewolucja internetowa. Dziś, gdy brak realnej debaty wśród amerykańskich elit otworzył drogę do Białego Domu dla Donalda Trumpa, głos Brzezińskiego byłby potrzebny w Waszyngtonie bardziej, niż kiedykolwiek. Niełatwo go będzie zastąpić.

Zbigniew Brzeziński był obecny w życiu redakcji "Rzeczpospolitej" - zasiadał w Kapitule Nagrody im. Jerzego Giedroycia. W ubiegłym roku nagrodę otrzymali: Bogumiła Berdychowska, publicystka i działaczka oraz Myrosław Marynowycz, prorektor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie. Czytaj więcej


Przypominamy rozmowy ze Zbigniewem Brzezińskim: 


Koniec romantycznej ignorancji


Liczę, że Polska będzie poważna


USA z poprawkami


 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA