fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Bogusław Chrabota: Castro odszedł. Co stanie się z Kubą?

AFP
Bogusław Chrabota: Mało jest krajów, które można opisać kilkoma słowami. Jest to zazwyczaj niemożliwe. Jednak komuniści na Kubie zrobili wszystko, by istota systemu wyrażała jak najprościej; bo przecież im prościej, tym dla ludzi jaśniej…. A dla władzy czytelniej.

 Zatem cały kraj, jak i długi i szeroki, upstrzony jest nieskończoną liczbą haseł, osobliwie skomponowanych (w różnych kombinacjach) z kilku zaledwie słów: revolucion, socialismo, victoria, justicia, siempre (o ile te pierwsze są zrozumiałe na całym globie, to ostatnie znaczy: 'zawsze').

Hasła są wszędzie. Na domach prywatnych. Budynkach publicznych. Przy drogach. W knajpach. I w ludzkich głowach. Niegdyś konkurowały z Marksem, Engelsem i Leninem. Po upadku ZSRR jedynym graficznym kontrapunktem jest wszechobecny Ernesto "Che" Guevara. Pierwszy z panteonu wielkich nieobecnych. Cała reszta to podniosłe słowa. A że znaczą coś dokładnie przeciwnego, niż ich potoczne rozumienia, to już inna sprawa.

Proste analogie

Od lat cały świat czekał na informacje o śmierci Fidela. W końcu przyszła. Ale o ile osoba dyktatora należy już do przyszłości, nie specjalnie wiadomo jaki będzie realny scenariusz kubańskiej przemiany. Fidel Castro, już lata temu rozstrzygnął kwestię następstwa. Zachował się jak klasyczny dynasta. Na głowę państwa wyznaczył o kilka lat młodszego i sprawniejszego brata Raula. Ale nie czarujmy się jednak, kwestia następstwa jest wciąż otwarta. Raul nie jest młodzieniaszkiem. W tym roku skończył 85 lat i ma przed sobą dokładnie tan sam dylemat co kilka lat temu Fidel. Co wiec zrobi? Jakie scenariusze rodzą się w jego głowie? Jak zapobiec utracie władzy przez rodzinny klan Castro? Jak ustrzec się rewolucji? Jak utrzymać dyktaturę. Niektórzy z  ekspertów przewidują scenariusze, jakie przerabialiśmy w Europie wschodniej.

 Ale to pewnie błędna ścieżka. Europa wschodnia i komunistyczna Kuba to inne rzeczywistości. Inna moc społeczna, w tym – może w pierwszej kolejności – inna moc społecznego oporu. Zatem i scenariusze wychodzenia z lewicowej dyktatury muszą być inne. System kubański jest nieskończenie bardziej paternalistyczny, opierał się na osobistym autorytecie i (niestety) charyzmie Fidela. Jest też znacznie bardziej represyjny. Tylko skala absurdu w ekonomii zbliża Polskę drugiej połowy lat osiemdziesiątych do tego, co się dziś dzieje na Kubie.

Schyłek

I tu nasze języki mogą się mocno zbliżyć, choć można mieć przykre wrażenie, że tematyka gospodarcza, oczywisty fundament rychłej klęski systemu jest niedostatecznie w rozważaniach o przyszłości wyspy brana pod uwagę. A wystarczy ledwie kilka dni na Kubie, żeby zrozumieć przynajmniej jedno z dwojga: lokalna dyktatura nie czuje żadnej potrzeby oddawania władzy narodowi (stopień jego upodlenia jest wyjątkowy), zaś kryzys ekonomiczny nieuchronnie i szybko doprowadzi do klęski systemu.

Mimo oficjalnych, istotnie zawyżonych danych (wzrost PKB 12 proc.. rocznie, 1 proc.. bezrobocia), ta sama statystyka podaje dane katastrofalne (70 proc.. przedsiębiorstw przynosi straty, zaangażowanie zagranicznych inwestycji nie przekracza 2000 000 USD).

Poza statystyką pewne jest, że przeciętny Kubańczyk zarabia od kilkunastu do kilkudziesięciu USD miesięcznie, żywi się w 'szarej strefie', kupuje za pozyskiwane na 'czarno' peso convertible (rodzaj bonu dolarowego) Nie ma prawa wstępu do większości hoteli, w obszary turystyczne, w tym na plaże. W rolnictwie – nie ma prawa spożywania przymusowo oddawanego do spółdzielni mleka, ani uboju zwierząt rzeźnych. Za ich utratę idzie do więzienia.

Państwo stosuje również przemyślny system okradania poprzez przymusowe kredyty; mieszkańcom wsi i miasteczek wmusza się tanie (awaryjne) chińskie lodówki i szybko-wary, w zamian potrącając im z pensji raty kredytów. Opłaty te sięgają aż 60 proc.. (sic!) i tak ubożuchnej pensji. Trzeba przyznać, że w ostatnich lat ów stalinowski system nieco zelżał. Otwarto drzwi prywatnej inicjatywie. Postały prywatne firmy i sklepy, ale głównymi beneficjentami tych przemian są najczęściej wierni reżimowi byli wojskowi i milicjanci.

Wydrążeni ludzie

Kubańczycy opowiadają o kompletnym załamaniu etyki pracy. Bezrobocie jest olbrzymie, choć oczywiście nie odnotowywane. Praca się po prostu nie opłaca, więc rzesze ludzi fikcyjnie szukają pracy, żyjąc jednocześnie z 'szarej strefy'.

W 1993 roku dopuszczono istnienie na Kubie przedsiębiorstw mieszanych, z udziałem kapitału zagranicznego. Niestety i tu, zagraniczni inwestorzy godzą się na absolutnie upadlające warunki pracy. Kubańscy pracownicy nie mają szans ustalać swojego wynagrodzenia. Pensja jest negocjowana między instytucjami państwa i partnerem zagranicznym. Zatrudniony w firmie Kubańczyk uzyskuje tylko drobną kwotę w lokalnych peso, zaś resztę wynagrodzenia (niekiedy do 95 proc..) zabiera państwo. Nic dziwnego, że cała niemal populacja Kuby interesuje się głównie tym jak zdobyć peso convertible od turystów, bądź wystaje na poboczach dróg w oczekiwaniu na jakiś transport.

Reżim łudzi się, że gospodarkę mogą uratować inwestycje chińskie, europejskie bądź z terenu zaprzyjaźnionych dyktatur latynoskich (Wenezuela, Bolivia), jednak zarówno erozja etyki pracy, jak i kompletnie niesprzyjający inwestowaniu system administracji, każą te nadzieje włożyć między bajki.

Co potem?

System kubański rozkłada się więc w szybkim i nieodwracalnym tempie. Kryzys autorytetu związany ze śmiercią Fidela Castro musi doprowadzić do osłabienia władzy centralnej. Nie ma większych szans na znalezienie jakiejś efektywnej substytucji. Państwo, które żyje dziś z rabowania własnych obywateli i turystów musi upaść i jest to kwestia najbliższych 2 – 3 lat. Komunizm jest więc w skrajnej defensywie.

Co będzie potem? Wypada wątpić w zbyt gwałtowne scenariusze. Najpewniej kryzys państwa przełoży się na stopniowe dopuszczania do władzy koncesjonowanej opozycji, by potem zmyła wszystko z powierzchni ziemi fala emigracyjnych miliardów dolarów, które już się grzeją na emigranckich kontach w Małej Hawanie. Niestety będzie to tylko początek trudnych i zapewne dramatycznych przemian społecznych, których bezsporną ofiarą będzie lokalna większość; zniszczona przez ponad czterdzieści lat komunizmu ludność Kuby. Dawny sowiecki parasol już nie istnieje.

Zaprzyjaźniony niegdyś "blok" sam się ugiął pod ciężarem rynkowych reform. Socjalizujące Wenezuela i Boliwia same doświadczają podobnych problemów. Dla "dolarowej fali" z Miami, nie ma więc alternatywy. A przyniesie nie tylko bogactwo, ale i sumę osobistych dramatów ludzi, którzy sobie z nową rzeczywistością na pewno nie poradzą.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA