fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie Życia Regionów

Tłustopączkowa dyplomacja

materiały prasowe
Współpraca z Niemcami to nie jest dzisiaj temat, który rozpala rządowe gabinety, o sercach zasiadających w nich polityków nawet nie wspominając.

Wiadomo, prawdziwymi przyjaciółmi są Węgrzy, a nadzieją na polską przyjaźń mogą się w niedalekiej przyszłości cieszyć narody Międzymorza. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej na to zapracują. Ostatnio nawet Amerykanie spadli w rankingu przyjaciół daleko poza kraje Międzymorza, skoro tamtejszy sekretarz stanu okazał się zwykłym nafciarzem, na dodatek prowadzącym w niedalekiej przeszłości interesy z Putinem. Nie można być nawet pewnym, czy Rex Tillerson posługuje się widelcem. Niemcy zaś, których w warszawskich gabinetach się nie lubi, powoli są spychani na odwiecznie przypisane im miejsce wrogów Rzeczpospolitej. Miewali swoje wzloty, ale krótkie. W grudniu 1970 r., gdy Polska podpisała układ z Niemiecką Republiką Federalną, Jan Szydlak, członek Biura Politycznego KC PZPR, martwił się, kim teraz władze będą straszyły Polaków i tym strachem integrowały naród.

Szydlak był ślusarzem i meandry polityki – a już przede wszystkim społecznego myślenia – były dla niego nie do końca jasne. Okazuje się bowiem, że niechęć do Niemców władze próbują wzbudzić 48 lat po tamtym wydarzeniu i z górą 70 lat po zakończeniu wojny. Chwilowo kampania związana z odszkodowaniami za wojenne zniszczenia przycichła, zepchnięta w kąt przez konflikt z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi, ale niechybnie wróci. Kto wie, może wróci wspierana filmami dokumentalnymi ze słynnym zdjęciem niemieckich żołnierzy wyłamujących graniczny szlaban i czołgami z czarnym krzyżem. Może prezes Kurski puści nam nawet „Hubala", bo wydaje się bardzo na czasie – grający w filmie główną rolę Ryszard Filipski był w 1968 r. wiernym szermierzem idei moczarowskiej, więc wszystko jest bardzo au courant.

Aliści są w Polsce miejsca – miejsca w tzw. Polsce lokalnej – gdzie ludzie nie są jeszcze tak zafiksowani jak w stolicy, w których polsko-niemiecka współpraca kwitnie. Dobrym, choć na szczęście niejedynym przykładem, są Słubice i Frankfurt na Odrą, których włodarze właśnie odebrali prestiżową nagrodę Fundacji im. Carla i Anneliese Goerdeler za współpracę transgraniczną. Mniejsza o nagrodę, ważniejsza jest sama współpraca. Polskie i niemieckie miasta mają już wspólną komunikację, wzajemnie wspierają się dostarczaniem energii cieplnej, nawet przedszkolaki uczą się języka swoich nadodrzańskich sąsiadów. „Prawdziwych Polaków" z przyjemnością informuję, że niemieckie dzieci uczą się polskiego, polskie zaś – niemieckiego. Do tego w tym, jak nazywają je (zresztą potwornie) burmistrz Słubic i nadburmistrz Frankfurtu, dwumieście, odbywają się liczne wspólne imprezy kulturalne i sportowe, a mieszkańcy chadzają za Odrę nie tylko na zakupy, ale też na piwo. Bywa, i to wcale nierzadko, że to piwo spożywane jest w mieszanym, polsko-niemieckim towarzystwie. Ostatnio, w tłusty czwartek, słubiczanie rozłożyli w jednym z frankfurckich centrów handlowych stoiska z polskimi pączkami. Większość Niemców tej tradycji nie znała, ale chyba przypadła im do gustu, bo pączki zniknęły dość szybko. Co więcej, w tym samym dniu polscy seniorzy – najpewniej przynajmniej część z nich pamięta jeszcze wojnę – uczyli emerytów z Frankfurtu nad Odrą wyrabiania i pieczenia pączków według polskiej receptury. Było dużo dobrej zabawy, o czym z przyjemnością informuję zarówno „prawdziwych Polaków", jak i lokatorów ministerialnych gabinetów.

Pączki nie zmienią wszystkiego. Ale jeszcze mniej zmieni poszukiwanie wszędzie wroga. Podobno Polska ma w najbliższych latach stać się prawdziwym mocarstwem, które nie tylko będzie produkowało miliony elektrycznych samochodów, drony, ale będzie również wysyłało rakiety w kosmos. Cel jest zbożny i warto za niego trzymać kciuki. Tyle że tego celu nie osiąga się w społeczeństwie zamkniętym, nieustannie rozpamiętującym krzywdy doznane od bliższych i dalszych sąsiadów, ciągle wracającym do wydarzeń sprzed 70 lat. Nie da się zadekretować, że nad Wisłą powstanie nowa Dolina Krzemowa. Nawet najlepsze przepisy, najbardziej liberalne (tfu, cóż za wstrętne słowo!) ustawy nie spowodują, że najtęższe polskie umysły – o imigranckich (tfu, cóż za wstrętne słowo!) nie wspominając – zamiast pomagać Elonowi Muskowi wysyłać jego Teslę w kosmos, zechcą to robić w Polsce.

Trzeba nam jeszcze ducha. Tej specyficznej soft power, którą przez lata kusiła Ameryka i co okazało się skuteczniejszą bronią niż wszystkie rakiety Trident i pociski Cruise razem wzięte. Wbrew pozorom szybciej osiągniemy to dzięki słubickim seniorom uczącym Niemców wypiekać pączki niż chłodem ziejącym z rządowych gabinetów.

Pączki świata nie zmienią. Chociaż? Gdyby nie pingpongowa dyplomacja Henry'ego Kissingera z 1971 r., świat byłby dzisiaj gorszy. No ale on, choć nie był nafciarzem i nie robił interesów z Breżniewem, był jednak Żydem.

Niezależny dziennikarz, autor biografii Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego i wydanej ostatnio biografii Władysława Gomułki pt. „Gomułka. Dyktatura ciemniaków".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA