fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie Życia Regionów

W krainie biznesu

Bardzo się nam ostatnio w naszej ojczyźnie zrobiło biznesowo. Nie chodzi tylko o słynne negocjacje w sprawie dwóch warszawskich wież, także o mające swoją siedzibę w Gdańsku Europejskie Centrum Solidarności.

W tej sprawie minister Jarosław Sellin oświadczył, że kto daje najwięcej, ten musi mieć najwięcej do powiedzenia. W biznesie ta prawda jest, jak mawiał klasyk, oczywistą oczywistością. Tyle że tym razem chodzi o sferę publiczną. A tu o oczywistości już mówić nie można. Po pierwsze, wicepremier Piotr Gliński nie jest właścicielem pieniędzy, które składają się na dotację, jest tylko urzędnikiem, który czasowo dysponuje publicznymi pieniędzmi, a jego obowiązkiem w demokratycznym państwie jest wspieranie cennych inicjatyw. Nawet jeśli te inicjatywy są dla jego formacji nie nazbyt przyjazne i „po myśli". Tak się składa, że Europejskie Centrum Solidarności jest ważne, cenne i istotne.

Jeśli już władza w Polsce zaczyna patrzeć na wszystko biznesowym okiem, to jej przedstawiciele powinni wiedzieć, bo to akurat abecadło, że do zgranego, dobrze działającego zespołu nie wprowadza się kogoś obcego – a takie jest żądanie Ministerstwa Kultury i Sztuki wobec Europejskiego Centrum Solidarności – bo to najoczywistszy sposób na rozbicie dobrze działającego mechanizmu. Warto też, aby ministrowie i wszyscy politycy zdali sobie sprawę, że w biznesie z reguły dotrzymuje się danego słowa. A Ministerstwo Kultury i Sztuki przyrzekło władzom ECS dotację w wysokości 7 milionów złotych, aby później, po wyborach samorządowych, wycofać się z danego słowa.

Strach pomyśleć, co będzie, jeśli władza będzie się trzymała kursu na „ubiznesowienie" naszego życia publicznego i upowszechnienie zasady, że kto daje najwięcej pieniędzy, ten ma głos decydujący. Skóra powinna ścierpnąć, a włos zjeżyć się na głowie, zwłaszcza artystom teatrów, oper, muzeów i innych przybytków kultury.

Tym razem Ministerstwo Kultury i Sztuki będzie się musiało obejść smakiem. My, obywatele, daliśmy brakujące ECS pieniądze, i jeszcze dużo więcej niż obiecana, ale niezrealizowana dotacja ze strony administracji rządowej. Wicepremier Gliński nie po raz pierwszy okazał się nie tylko nieskuteczny, ale wręcz przeciwskuteczny. A powinien już się czegoś nauczyć, bo przed laty wycofał się z też już przyrzeczonej dotacji dla poznańskiego Festiwalu Malta. Pieniędzy nie dał, dali ludzie, festiwal się odbył. W sprawie Europejskiego Centrum Solidarności znakomicie zachowały się samorządy, bo już pierwszego dnia po ogłoszeniu publicznej zbiórki finansowe wsparcie obiecały władze Poznania oraz marszałek województwa wielkopolskiego, słychać też podobne deklaracje z innych samorządów.

Serce rośnie, ale rozum się trwoży. Bo wszystko to coraz bardziej zaczyna przypominać budowę „równoległego" państwa i dezintegrację III RP. Niebezpieczne to zjawisko i sądząc z programu rządzącej partii, absolutnie z nim sprzeczne.

Nie pierwsza i nie ostatnia to sprzeczność. Jednym z istotnych zadań, które realizuje Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, z powodzeniem zresztą, jest ograniczanie do minimum obrotu gotówkowego. Słusznie, bo im mniej gotówki w obrocie, im powszechniejsze używanie „pieniądza elektronicznego", tym mniejsze możliwości matactw i oszustw, a w konsekwencji większe wpływy do budżetu. Łatwo zaobserwować, że ilość miejsc, w których można już płacić kartą, rośnie lawinowo. Dotyczy to również urzędów samorządowych, czego ostatnio miałem przyjemność doświadczyć w niewielkim Wolsztynie na skraju Wielkopolski. Tymczasem w jednym z urzędów skarbowych w Szczecinie obowiązuje zasada, że klient płacący kartą za wydanie mu jakiegoś urzędowego glejtu musi zapłacić więcej, niż gdyby wyłożył szeleszczące banknoty. I to znacznie więcej! Minister Tadeusz Kościński, który nadzoruje cały proces zastępowania gotówki „pieniądzem elektronicznym", powinien biegusiem pouczyć panią minister Teresę Czerwińską, że takie praktyki są niedozwolone. Co więcej, one są wzorcowo przeciwskuteczne.

Jak skuteczne może być „ubiznesowienie" działań administracji rządowej, przekonuje przykład radomskiego lotniska, tego najbardziej ekskluzywnego z polskich lotnisk. Ekskluzywnego, bo w 2017 roku dane było skorzystać z niego zaledwie 11 tysiącom pasażerów. Kilka miesięcy temu przedstawiciele Polskich Portów Lotniczych, przejmując lotnisko od samorządu, ogłosiły, że już w 2020 roku radomski Port Lotniczy będzie obsługiwał 10 milionów pasażerów. Potrzebę rozwoju lotniska błyskotliwie uzasadnił wówczas minister Marek Suski, uświadamiając sceptykom, że większość Polaków lata na południe Europy i do północnej Afryki, a Radom jest bliżej tych wymarzonych polskich podróżniczych celów. Na razie idzie to nietęgo, bo właśnie ogłoszono unieważnienie przetargu na przedłużenie pasa startowego. Wpłynęła jedna oferta, na dodatek trzy razy droższa, niż zakładano. Więc na razie klapa. Ale do 2020 roku i 10 milionów jest jeszcze sporo czasu. Nie wolno wątpić.

Ważniejsze od ceny rozbudowy pasa startowego wydaje mi się to, aby był on skierowany na południe. Wtedy do Egiptu, Tunezji czy Chorwacji pasażerowie będą mieli jeszcze bliżej. ©?

Niezależny dziennikarz, autor biografii Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego i Władysława Gomułki. Obecnie pracuje nad książką o Mateuszu Morawieckim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA