fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nowe technologie

Polski grafen w opałach

Płytka, na której powstaje grafen w Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych
Fotorzepa, Robert Gardziński
Naukowcy z ITME szukają ratunku dla instytutu, który po latach świetności stoi na krawędzi upadku.

Historia Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych przypomina dobry sen, który nagle zmienia się w koszmar. Wcześniej placówka była wyróżniana w liczących się rankingach, a teraz jej sytuacja jest dramatyczna. Prawie jedna piąta pracowników naukowych odeszła lub została zwolniona, zamknięto niektóre pracownie, inwestycje w ich wyposażenie pójdą na straty. Działalność komercyjna zamiera, instytucja zaczęła już przejadać dotacje.

Gdy w połowie 2015 r. zmieniła się dyrekcja, przychód ITME kształtował się na poziomie ponad 70 mln zł. Rok 2016 zamknął się z kwotą prawie o połowę mniejszą – 38,5 mln zł. W roku bieżącym, sądząc po realizowanych projektach, a w zasadzie ich braku, nie przekroczy 30 mln. Ilość publikacji naukowych spada o 15 proc. rocznie. Spadające liczby oznaczają śmierć do niedawna dochodowej, znanej na całym świecie placówki naukowej. Jedyne, co rośnie w ITME, to deficyt, administracja i premie dla dyrekcji.

Instytucja od zawsze dochodowa

ITME od prawie 50 lat prowadzi prace badawczo-rozwojowe w zakresie inżynierii materiałowej, elektroniki, fotoniki, nanotechnologii materiałów nowej generacji, m.in. grafenu. Utrzymuje czołową pozycję w rankingu ewaluacji instytucji naukowych. Powstał jako centrum badawcze, naukowo-produkcyjne przy Fabryce Półprzewodników Tewa. Branża rozwijała się błyskawicznie i zapotrzebowanie na nowe rozwiązania szybko rosło, więc placówka naukowo-badawcza przeistoczyła się w niezależny instytut pod skrzydłami Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Po zmianie systemu politycznego Tewa bardzo podupadła. Azja wprowadziła ceny dumpingowe na konkurencyjne produkty i ogromny zakład produkcyjny tego nie przetrwał, ale instytut został i już wtedy miał się bardzo dobrze.

Realizował projekty własne i rządowe, a gdy powstał Komitet Badań Naukowych, który przeobraził się później w Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, rozpoczęła się działalność w świecie projektów konkursowych. ITME generował rozwiązania na poziomie światowym, więc otrzymywał środki na dalszy rozwój nie tylko w obszarze elektroniki, ale również ceramiki, nowych materiałów i technologii. Pojawiła się możliwość regularnej współpracy z zagranicą. A gdy Polska weszła do Unii, doszedł kolejny obszar pozyskiwania pieniędzy.

Z upływem czasu Instytut zyskiwał coraz większą rangę, a gdy dr Włodzimierz Strupiński opatentował polską technologię produkcji grafenu, przychody ośrodka badawczego i zainteresowanie branży badawczej, firm, a nawet wielkich koncernów, zaczęły szybko rosnąć. ITME prezentował już światową jakość. Wszyscy widzieli szansę na to, że grafen stanie się dźwignią rozwoju kilku gałęzi polskiego przemysłu.

Upadek rozpoczął się z początkiem lipca 2015 r. w momencie zmiany dyrektora Instytutu.

Droga w dół

Rok 2015 był jeszcze bardzo owocny. Siłą rozpędu projekty szły do przodu, trwała produkcja, pieniądze płynęły. Na warsztacie były zawsze duże projekty, które angażowały więcej niż jeden zakład w placówce. Nie były to zadania za milion złotych na dwa lata, ale projekty, które przynosiły 10, 15 milionów, trwały kilka lat i karmiły cały Instytut.

Ryba popsuła się od głowy. Po zakończeniu kadencji, w 2015 r., dr Zygmunt Łuczyński został ponownie wybrany na stanowisko dyrektora ITME, ale wkrótce pozbawiono go tej funkcji, ponieważ ówczesny minister gospodarki Janusz Piechociński nie podpisał nominacji. Nie pomogły protesty 190 pracowników i Rady Naukowej Instytutu popierających swojego poprzedniego dyrektora. Na czele ITME stanął były prezes Mennicy – Metale Szlachetne SA, od kilkunastu lat związany z różnymi spółkami Skarbu Państwa – Ireneusz Marciniak.

Początkowo nic nie wskazywało, że dwa lata później Instytut będzie na krawędzi upadku. Marciniak roztoczył pociągającą wizję rozwoju. Wiele osób w nią uwierzyło. Nowy dyrektor pięknie opowiadał i wywodził się z przemysłu. Pracownicy ITME uważali, że dzięki temu będzie rozumiał specyfikę Instytutu. Wydawało się, że projektów będzie przybywać. Ale po kilku miesiącach nie wydarzyło się nic. Kontrakty się kończyły, a nie pojawiały się nowe.

Instytut pozyskiwał środki z trzech mniej więcej równych źródeł: pierwsze to dotacja państwowa, drugie – produkcja, a trzecie – projekty pozyskane indywidualnie z KBN, a potem z NCBiR. Zarówno indywidualni pracownicy naukowi, jak i dyrekcja starali się o nowe projekty. Pojedynczy pracownicy naukowi mogli aplikować jedynie w ramach swojej działalności, natomiast dyrektorzy mieli walczyć o projekty strategiczne. Wiązało się to z rozmowami ze stroną rządową, przygotowywaniem planów badawczych dla państwa, wejściem w wiele różnych środowisk.

Gdy Ireneusz Marciniak objął stanowisko dyrektora, mógł uruchomić nowe kontakty i z jeszcze większym rozmachem rozwijać Instytut lub przynajmniej kontynuować dzieło poprzedników. Wybrał trzecie wyjście – nic nie robić. Pytany przez pracowników, dlaczego nie pojawiają się żadne nowe projekty, twierdził, że to nie należy do jego kompetencji. W tym przekonaniu konsekwentnie trwał aż do końca swojego urzędowania.

Najbardziej dramatycznie przedstawiają się finanse ITME. W związku z brakiem projektów, a także zanikającą produkcją Instytutowi nie wystarczy dotacja. W tej chwili przejada pieniądze, które otrzymał od państwa, bo innych coraz mniej. I powoli nie ma kto ich generować. Gdy zaczęły kończyć się środki, Marciniak postanowił poszukać oszczędności. Zaczął zwalniać załogę. Między innymi tych, którzy mogli wypracować realny zysk. W ciągu ostatnich dwóch lat z ITME odeszło, zostało zwolnionych lub doprowadzonych do zwolnienia się blisko 60 pracowników. Wśród nich wybitni naukowcy i osoby, które były w stanie realizować zlecenia komercyjne.

Czynnik ludzki

Gdy pracownicy ITME zaczęli zadawać pytania na temat koncepcji dalszego działania Instytutu, spotkali się z odpowiedzią zgoła niemerytoryczną. Zaczęto wywierać na nich presję. Niezadowolenie nie było mile widziane. Pod koniec 2016 r. na zebraniu Rady Naukowej zaczęto otwarcie mówić, że źle się dzieje. Trójka liderów Instytutu, których zespoły generowały najwięcej przychodów, zdecydowała się otwarcie zaprotestować. W odpowiedzi dyrektor rozpoczął serię gier socjotechnicznych polegających na dyskredytowaniu i ostracyzmie. Pojawiły się plotki, oszczerstwa, nieprawdziwe historie. Prywata nie zakończyła się jedynie na społecznych konsekwencjach. Zamykanie pracowni, wypowiedzenie wynajmu pomieszczeń wewnętrznej firmie, którą Marciniak wcześniej całym sercem popierał, a która dawała szersze możliwości pozyskiwania projektów. Teraz pozbawił Instytut tej szansy, a kraj – jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie małych firm stawiających sobie za cel komercjalizację badań naukowych. Podobnie w przypadku inicjatyw pozostałych liderów naukowych Instytutu starających się przekuwać osiągnięcia naukowo-badawcze w sukces komercyjny, zgodnie zresztą ze strategią reprezentowaną przez ministerstwa Rozwoju i Nauki.

Znany na świecie współpracujący z noblistami naukowiec dr Włodzimierz Strupiński, członek Rady Naukowej, który nie tylko stworzył polski grafen, ale jego działalność przyniosła Instytutowi milionowe zyski i prestiż, został pozbawiony stanowiska, pokoju i zdegradowany do rangi zwykłego pracownika. Była to odpowiedź Marciniaka na brak aprobaty większości członków Rady dla programu naprawczego, który był z gatunku science fiction, a także na prośby wystosowane do ministerstwa m.in. o przyspieszenie kontroli w Instytucie.

Za kontakty z ITME jest odpowiedzialny w Ministerstwie Rozwoju Departament Jednostek Nadzorowanych i Podległych, do którego około 100 pracowników wysłało list z prośbą o interwencję. Kopia listu z wszystkimi nazwiskami wróciła do dyrekcji ITME, która w ten sposób otrzymała nazwiska krnąbrnych pracowników. Co było dalej, można się domyślić.

Marciniak wydawał się nieprofesjonalnie podchodzić do problemu. Pracownie można zamykać w ramach oszczędności, sprzęt sprzedać lub zezłomować. Zawsze można kupić nowy. Należało oszczędzać, bo pieniądze się kończyły.

Ireneusz Marciniak otoczył się znajomymi z poprzednich firm, z którymi prowadził je tą samą drogą co Instytut. Kadra zarządzająca, której kompetencje pracownicy ITME oceniają bardzo nisko, spuchła znacząco. Mimo kryzysu cała wierchuszka przyznała sobie 20-proc. podwyżki, co pochłonęło wartość kilku etatów. W tym czasie inni byli zwalniani.

Ze złego na jeszcze gorsze

W końcu Marciniak został w maju br. odwołany z funkcji dyrektora przez ministra rozwoju. Być może za to, że zatrudnił w Instytucie przewodniczącego komisji, która wybierała go na dyrektora. Tego samego dnia pełniącym obowiązki dyrektora ITME został dotychczasowy zastępca Marciniaka, pan Zenon Godziejewski, który dzieło Marciniaka skrupulatnie kontynuuje. Pan Marciniak otrzymał nowy gabinet już jako pracownik Instytutu (od lipca już jednak nie pracuje w ITME). Zwolniła się też zastępczyni do spraw ekonomicznych. Natomiast zwolniony został dotychczasowy zastępca do spraw technicznych, który nie należał do ekipy Marciniaka. Według pracowników Instytutu p. Godziejewski powinien zostać na dawnym stanowisku, ponieważ nie ma kompetencji do zarządzania placówką i jej nie rozumie. Upadek trwa. Być może pieniędzy wystarczy do końca roku. Może.

Zespół słał pisma do Ministerstwa Gospodarki, do premiera Mateusza Morawieckiego, do ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina. Na razie nic się nie zmienia. Jeden człowiek zniszczył dorobek kilkudziesięciu lat. Być może jeden człowiek może to uratować. Naukowcy z ITME czekają na zmianę dyrekcji. Na razie bezskutecznie. Liczą, że nowy dyrektor zostanie powołany w drodze konsultacji ze środowiskiem naukowym znającym Instytut i dziedzinę czy w wyniku dyskusji z załogą i nie będzie to już, jak poprzednio, dyrektor „z kapelusza", ale mądra i zaangażowana osoba, która zdoła odbudować utracony potencjał.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA