fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nauczyciele

ZNP szykuje wojnę z rządem Morawieckiego

Fotorzepa / Roman Bosiacki
Nauczyciele mogą odmówić klasyfikacji 4,5 mln uczniów do następnej klasy – sugeruje szef ZNP Sławomir Broniarz. To ich odpowiedź na projekt rozporządzenia MEN o łamistrajkach.

Powstrzymanie się od udziału w egzaminie gimnazjalnym i ósmoklasisty, to niejedyne możliwe formy strajku nauczycieli. Jeśli protest się przedłuży, może się okazać, że strajkujący nauczyciele nie wezmą udziału w końcowej radzie pedagogicznej i nie będą klasyfikować pozostałych uczniów podstawówek i liceów. W rezultacie nie będą oni mogli zyskać promocji do następnej klasy ani starać się o przyjęcie na studia.

Tę formę strajku zasugerował w Radiu Zet szef ZNP Sławomir Broniarz. – W kompetencji nauczycieli, Rady Pedagogicznej leży klasyfikowanie, ocenianie i promowanie uczniów. I to też jest potężny oręż w ręku nauczycieli, chcielibyśmy, żeby rząd miał tego świadomość. Jeżeli skorzystamy z tego, to będziemy mieli w edukacji totalny kataklizm związany z rekrutacją albo zakończeniem kolejnych cykli edukacyjnych przez dzieci, uczniów polskich szkół. Czy jest to możliwe? – Uchwały ZNP w sprawie nieklasyfikacji na pewno nie będzie. To decyzja rad pedagogicznych – mówi Elżbieta Markowska, szefowa pomorskiego oddziału ZNP. Jak dodaje, protest nauczycieli może przybierać różne formy, nie tylko powstrzymywanie się od udziału w egzaminach.

– W ramach protestu nauczyciele mogą nie sprawdzać prac domowych, mogą stawiać wyłącznie dobre oceny, ale mogą też podjąć decyzję o tym, że nie będą klasyfikować na radzie pedagogicznej – wyjaśnia Markowska. Podkreśla też, że kiedy ZNP pytał w ankiecie nauczycieli o preferowane formy protestu, część środowiska opowiedziała się właśnie za odmową klasyfikacji.

Wypowiedź Sławomira Broniarza odbiła się szerokim echem. Wojciech Starzyński, prezes fundacji Rodzice Szkole, w TVP Info ocenił ją jako „skandaliczną i pokazującą jednoznacznie, że nie chodzi tutaj o żadne dobro oświaty, ale o działania polityczne". Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki na Twitterze ocenił, że ZNP „nawołuje do wysadzenia polskiej szkoły". A szef kancelarii premiera Michał Dworczyk twierdzi, że jest to „traktowanie dzieci jak zakładników" i jako takie może nie być zgodne z prawem.

Do słów Broniarza ustosunkowało się także Ministerstwo Edukacji Narodowej. „Groźba ZNP utrudnienia promocji dla wszystkich uczniów, których jest w Polsce 4,5 miliona oraz próba paraliżu systemu polskiej oświaty jest działaniem wyjątkowo nieodpowiedzialnym, dla którego nie ma usprawiedliwienia" – napisano w specjalnym oświadczeniu. „Z wielkim niepokojem i niedowierzaniem zauważamy, że dla liderów ZNP nie ma to jednak żadnego znaczenia".

Ale też zmieniła się retoryka rządu. Anna Zalewska podkreśla, ze nauczyciele zarabiają za mało. Namawia także szefa ZNP do spotkania. Związkowcy nie chcą jednak z nią rozmawiać, żądają spotkania z premierem.

Niewykluczone, że wpływ na to miały także pojawiające się wstępne wyniki referendów strajkowych. – W naszym regionie odbyły się one już w co czwartej szkole. Przeciwko strajkowi opowiedzieli się tylko pracownicy dwóch placówek. W pozostałych uzyskano poparcie 80–90 proc. – mówi Markowska.

ZNP podaje, że nauczyciele z reguły opowiadają się za strajkiem. Także w regionach, gdzie PiS ma spore poparcie – na Podkarpaciu, w Małopolsce, na Podhalu i na Lubelszczyźnie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA