fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Philippe Jaroussky na Wratislavia Cantans

1
W tłumnie wypełnionej największej sali Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu Philippe Jaroussky został w poniedziałek tak entuzjastycznie przyjęty, jakby był idolem muzyki pop.

Na tym właśnie polega fenomen tego 39-letniego Francuza. Kontratenor Philippe Jaroussky zajmuje się wysublimowaną muzyką dawną, a zyskał nieprawdopodobną wręcz sławę. Potrafi zresztą dbać o popularność. Latem tego roku wystąpił w Londynie na wielkim koncercie ku czci Davida Bowiego, wykonał jego piosenkę z albumu „Low” – „Always Crashing In The Same Car”. Ale Jaroussky nigdy nie stara się schlebiać masowej widowni. Zaśpiewał ten przebój, jakby był renesansowym madrygałem. I dostał oszałamiającą owację.

W poniedziałek na festiwalu Wratislavia Cantans zaprezentował się w tym, co jest jego specjalnością. Koncert zatytułowany „W królestwie Miłości i Duszy” nie miał konstrukcji typowej dla występu operowego śpiewaka: numer instrumentalny, aria, brawa, numer instrumentalny, aria, brawa i tak aż do bisów. U Jaroussky’ego wszystkie arie płynnie przechodziły w sinfonie i sonaty grane przez towarzyszący mu Ensemble Artaserse, więc nawet, jakby ktoś chciał w trakcie klaskać, nie bardzo miał, jak to uczynić.

Program został ułożony z operowych fragmentów kompozytorów, działających głównie w pierwszej połowie XVII wieku. Wszystkich nazwisk nie będę przytaczał, bo zdecydowanej większości czytelników nic one nie powiedzą. To jest głęboka historia opery, zakamarki pierwszych rozdziałów jej dziejów, ale przez Jaroussky’ego wybrane świadomie.

On ma głos delikatny, chwilami nawet niknący w wielkiej sali Narodowego Forum Muzyki. Ale jednocześnie Jaroussky jest fenomenem wokalnym, im bowiem śpiewa w wyższych, wręcz sopranowych, rejestrach tym brzmi bardziej naturalnie, czyściej, donośniej. Dlatego też jego specjalnością nie są najeżone koloraturami bohaterskie arie z okresu baroku lekko zdegenerowanego, a fragmenty dzieł nieco wcześniejszych: lamenty, sceny snu, miłosne wyznania, w których słowo jest równie istotne jak melodia, a piękne prowadzenie frazy ma większe znaczenie niż akrobatyka wokalna.

Takich momentów we wrocławskim występie Philippe’a Jaroussky’ego było wiele: prawdziwie wzruszający lament Orfeusza opłakującego utratę Eurydyki w operze „Orfeo” Luigi Rossiego, scena szaleństwa z „Il Tito”, w której król Polemon poszukuje Berenice czy kołysanka piastunki z „Koronacji Popei” Claudio Monteverdiego. Ale Jaroussky potrafi nie tylko zasmucać, świetnie też wypadł w żartobliwej arii zrzędliwego pazia Nerilla z opery „Ormindo” Francesco Cavallego.

Od innych wykonawców muzyki dawnej odróżnia go też podejście do sposobu interpretacji. On nie jest kustoszem historii. Przeszłość traktuje z szacunkiem, ale bohaterów starych oper obdarza współczesnymi emocjami. Dlatego to, o czym śpiewa, staje się bliskie publiczności. Również członkowie jego zespołu nie boją się tchnąć w te muzykę współczesną energię czy wręcz ozdobić ją elementami improwizowanymi.

Różne przemądrzałe operowe ciotki-krytyczki, które przybyły z Warszawy na ten koncert, a zawsze wiedzące najlepiej, jak należy wszystko wykonywać, krzywiły się i siedziały zdegustowane entuzjastycznym przyjęciem Jaroussky’ego. Nie mogą pojąć, że w muzyce „od mędrca szkiełka i oka” ważniejsza jest szczerość i naturalność. A to są właśnie cechy sztuki wokalnego tego artysty.

I jest jeszcze coś. Philippe Jaroussky, podobnie jak zresztą wielu francuskich artystów, nie ma do dawnych epok stosunku nabożnego. Potrafi spojrzeć na przeszłość z dystansu, wręcz bawić się nią. Dlatego tę samą arię o zazdrości Agostino Stefaniego Jaroussky raz śpiewa w sposób gniewny, na bis zaś bawi się nią niemalże groteskowo. I w jednym, i w drugim przypadku zawsze zachowuje zaś dobry smak, cechujący prawdziwego artystę.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA