Muzyka

Michaił Jurowski: Muzyka jest jak angielski ogród

Michaił Jurowski dyryguje?dziś symfonią Brücknera
materiały
Michaił Jurowski ze słynnej rosyjskiej dynastii dyrygentów od niedawna pracuje z polską Sinfonią Iuventus. Dziś ich koncert w Filharmonii Narodowej.

"Rzeczpospolita": Lubi pan młodych muzyków, takich, jak ci tworzący Sinfonię Iuventus?

Michaił Jurowski: Interesujące jest poczuć nowe podejście do muzyki, jakie niesie to pokolenie. Dlatego pracuję nie tylko z młodymi orkiestrami, ale i od lat z młodymi dyrygentami, niektórzy dzięki stypendiom są ze mną po dwa, trzy lata. Kontakt z nimi na mnie działa odświeżająco.

Pan jest członkiem dynastii obejmującej już cztery pokolenia.

Ojciec, Władimir Jurowski był przede wszystkim kompozytorem, dziadek ze strony matki, Dawid Błok był głównym dyrygentem rosyjskiej kinematografii, niemal od początków kina dźwiękowego. Obaj umarli stosunkowo młodo, po pięćdziesiątce na serce. Moje też w tym wieku wysiadło, ale udało się mnie uratować, minęło prawie 20 lat od tego zdarzenia i pracuję więcej niż kiedykolwiek.

Dyrygowanie to przymus czy obowiązek w pana rodzinie, skoro robią to też pana dwaj synowie? Tylko córka została pianistką.

Maria byłaby świetnym dyrygentem, ale kategorycznie odmówiła. Mieszka w Berlinie, pracuje z wokalistami i z chórami, także Z Filhamronikami Berlińskimi. Ja jako dziecko marzyłem, żeby zostać reżyserem teatralnym. Zmieniłem zdanie, mając 12 lat, kiedy posłuchałem w Moskwie Bostońskich Symfoników. Przyjechali z okazji wizyty ówczesnego wiceprezydenta Nixona.

Jaką rolę w pana muzycznym dojrzewaniu odegrał Dymitr Szostakowicz?

Był bardzo zaprzyjaźniony z naszą rodziną. Stał się chyba najważniejszą osobą w moim życiu po ojcu, mogłem zawsze liczyć na kontakt z nim, kiedy tego potrzebowałem. Kilka razy nawet grałem z nim na cztery ręce był przecież znakomitym pianistą, choć lubił grać niesłychanie szybko, jego tempa były nieprawdopodobne.

A miał pan wpływ na edukację muzyczną synów?

Tak, ale bardziej wynikało to z rozmaitych zdarzeń niż moich zamierzeń. Władimir popadł w szkole w konflikt z nauczycielem, który jako członek organizacji „Pamięć” głosił poglądy o zabarwieniu nazistowskim. Były już czasy pieriestrojki w Związku Radzieckim, ale miałem pozwolenie na pracę za granicą jedynie we wschodnim Berlinie. W 1988 roku dostałem ofertę z Semperoper w Dreźnie i ze względu na bezpieczeństwo syna, gdyż  baliśmy się, że może spotkać go coś złego, postanowiliśmy tam pojechać, choć to też było NRD. Władimirowi trzeba było tam znaleźć szkołę. Postanowiono dopuścić go do egzaminu i przez trzy miesiące przygotowywałem go, ucząc dyrygowania. Młodszy Dmitrij chciał być wiolonczelistą i szło mu świetnie, ale gdy miał 21 lat, choroba ręki uniemożliwiła dalsze granie. Co było robić, musiałem pomóc mu przekwalifikować się na dyrygenta, choć początkowo nie chciał się na to zgodzić. Potem obaj zaczynali pracę jako moi asystenci, ale szybko się usamodzielnili i dziś pracują z rozmaitymi orkiestrami i teatrami operowymi w Rosji i w Europie.

Widzi pan różnice w podejściu do muzyki dzisiejszej młodzieży takiej jak w Sinfonii Iuventus w porównaniu z pokoleniem pana czy synów?

Widzę różnicę w muzycznym wykształceniu. Edukacja w moich czasach była zdecydowanie bardziej usystematyzowana, poza tym dzisiaj studia są bardziej otwarte, student sam decyduje, co chce robić, co dla kształcenia zawodowego jest zabójcze.

Od prawie 30 lat mieszka pan w Niemczech, pracował tam z niemal wszystkimi orkiestrami. Rzeczywiście są najlepsze w Europie, jak niektórzy twierdzą?

Najbardziej cenię orkiestry konserwatywne, takie, które mają własną przeszłość. Bez niej nie może być muzyki. Dzisiaj wszystkie orkiestry na świecie, także w Niemczech, starają się osiągnąć jak najwyższy poziom techniczny, zapominając o własnym obliczu. A proszę posłuchać starych nagrań, jak łatwo odróżnić, czy to grają Berlińscy czy Wiedeńscy Filharmonicy. Miałem szczęście niedawno dyrygować w La Scali, tam w orkiestrze jest jedenaście Stradivariusów. Oczywiście, jeśli dalibyśmy je innym, nie gwarantuję, że efekt byłby równie znakomity, ale też nie wystarczy wyłącznie opanować znakomitą technikę. To jak tak z pianistami, Steinway jest ten sam, a potrafimy odróżnić, czy gra Oscar Peterson czy Dave Brubeck.

Tę technikę osiągnęła już Sinfonia Iuventus?

Z muzyką jest jak z angielskim ogrodem, trzeba codziennie nad nim pracować. A po co nam technika? By pomogła zrozumieć partyturę. Ja podpowiadam ideę, ale to, jak ją zrealizować, musi być naszym wspólnym zadaniem. Staram się działać konstruktywnie, rozwijać indywidualności muzyków, czuję, że podczas dwóch tygodni prób ci młodzi ludzie dorośli. Co będzie dalej, zobaczymy w następnym sezonie, kiedy znów przyjadę do Sinfonii Iuventus.

Rozmawiał Jacek Marczyński

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA