fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mieszkaniowe

Portugalia: gotyk i nowoczesność

Fotorzepa/Bogusław
Nie mam pojęcia skąd ta niebywała miłość Polaków do Portugalii. Dzieli nas przestrzeń połowy kontynentu, nigdy nie łączyła historia.

Nie chodziliśmy po swoich śladach. Nie walczyliśmy z sobą. Także kultura, od architektury po poezję, stawia nas na przeciwległych biegunach Europy.

Może tylko ten nasz zaprzysięgły katolicyzm. I nuta defetyzmu, tylko to nas łączy. Cała reszta dzieli. A jednak jest to coś co powoduje, że kraj nad Tagiem, a w szczególności jego stolica Lizbona, przyciąga Polaków jak magnes.

Coraz więcej nas na uliczkach starej Alfamy. Język polski słychać Praça do Comércio . A na bulwarze wzdłuż Tagu, ciągnącym się w stronę Belem, na gitarze przygrywa polski grajek. To jedyna konkurencja dla brazylijskiej kapeli z Rio. Legendarne fado? Nie tu. Nie w południe. Jedynym klimatem dla rzewnej muzyki fado są tonące w mroku portugalskie tawerny. Fado żyje jak kot w miejskich ciemnościach.

Cień Salazara

Pierwszy raz trafiłem do Portugalii w 1986 roku. Był to rok dla Portugalii historyczny. Rok wstąpienia do Unii Europejskiej. To od tej daty zaczęły się realne inwestycje. To dopiero wtedy stara, kolonialna lekko zatęchła Lizbona zaczęła rosnąć w górę.

Ale wróćmy do połowy lat 80. Portugalia, która jeszcze nie otrząsnęła się z salazaryzmu i rewolucji z 1974 roku, która przeszła do historii jako rewolucja goździków, była chyba najbardziej prowincjonalnym krajem Europy.

Stare, lekko omszałe kamienice sąsiadowały z pełnymi rewolucyjnych haseł muralami. Brudnawe zabudowania ciągnęły się na całej trasie z centrum miasta do Belem.

Dużo ruin. Zbankrutowanych fabryczek. Zawalonych kamienic, które, choć romantyczne, wyglądały w barwnej tkance miasta jak dziury po wybitych zębach.

Wykruszone brukowane drogi. Fatalna zresztą infrastruktura w całym kraju. W Lizbonie jej symbolem była dzisiejsza atrakcja, jednowagonowe tramwaje z początku wieku. Dziś barwny symbol miasta, jeszcze ćwierć wieku temu na poważnie woziły tysiące pasażerów. Drogi? Gorsze niż w Polsce. Jedyna autostrada, dzisiejsza A1 z Lizbony do Porto, urywała się gdzieś pośrodku kraju. W jakiejś wiosce bez nazwy. Splendor? Zastrzeżony dla kilku głównych placów i ulic Lizbony. Pamiętam, jak w pewnej uroczej kafejce przy Restauradores zachwycałem się w rozmowie z Marią Danilewicz-Zielińską europejskością portugalskiej stolicy. – Słucham? – spytała ironicznie pierwsza dama polskiej krytyki na obczyźnie. – Proszę pana. Pięknie tu, ale w porównaniu z Madrytem czy Paryżem to straszna prowincja.

Portugalia się zmienia

„Straszna prowincja" przechowała jednak do czasów nieodległych sporą grupę polonijną. Polacy garnęli się nad Tag od czasu wrześniowej tragedii. W czasie wojny Portugalia była neutralna, a jej położenie geograficzne czyniło z niej dobry punkt startowy do przerzutów na Wyspy czy za ocean. W majestatycznym hotelu Palacio w Estoril (zagrał ważną rolę w jednym z „Bondów") kwaterowali polscy kurierzy, w tym prawdopodobnie Jan Karski. Tu osiedlił się przedwojenny dyplomata Adam Kazimierz Zieliński. Tu, w pięknej rezydencji Gato bravo w Ferijo pod Lizboną zamieszkała jego żona Maria Danilewicz-Zielińska.

Polacy wrastali w kulturę kraju nad Tagiem i pięknie w niej uczestniczyli. Jednocześnie geograficzny dystans pomiędzy ojczyzną i Portugalią był tak wielki, że uchronił mieszkańców Lizbony od fali polskich uchodźców w latach 80. Efekt? Portugalia była i chyba po dziś dzień jest jedynym krajem w Europie, gdzie Polak i polskość kojarzą się możliwie najlepiej.

Druga połowa lat 80. to w Portugalii okres wielkich inwestycji. Z Unii płyną wielkie pieniądze na cele publiczne i prywatne inwestycje. Postkolonialny kopciuszek zaczyna się wybierać na międzynarodowe salony. Powstaje ambitny plan budowy autostrad, a potem same autostrady. Jedna z najgęstszych i najnowocześniejszych sieci na kontynencie. Do wyposzczonego inwestycyjnie kraju pchają się fabryki wielkich niemieckich i francuskich koncernów. W Lizbonie rosną jak grzyby po deszczu nowoczesne wieżowce i budynki publiczne. Nowoczesne hotele i biurowce. Ściągają Ritz i Marriott, Sheraton i Hilton. Do tego miliony turystów. Miasto się bogaci.

Turystyczny raj

Kto pomógł? Niemcy. A właściwie jeden Niemiec. Wim Venders. Jego klimatyczny film z 1994 roku „Lisbon story" był więcej niż zwykłą reklamówką miasta. To była apologia. Pean na cześć Lizbony. Pieczołowita kronika ulotnego piękna i pięknej brzydoty. Zapis dźwięków i barw. Zapachów i potrzaskanych obrazów. Film wytworzył naturalny odruch zakupu biletu lotniczego nad Tag. Europa przyzwyczaiła się do tego odruchu. Trwa więc po dziś dzień.

Ale nie tylko Lizbona jest adresem docelowym. Najważniejsze jest Algarve. Południowe wybrzeże Portugalii, które jest biegunowo różne od kurortów południowej Francji, Katalonii czy Costa del Sol. Tu nie ma gigantycznych hoteli i turystycznego kombajnu. Klimatyczne miasteczka są pełne hotelików i willowych osiedli. Algarve jest ciche. Niezurbanizowane. Nastawione na odpoczynek rodzinny. I dobre jedzenie. Tysiące maleńkich knajpek rozsnuwają zapachy wszystkich kuchni świata. Im bliżej centrum (Faro), tym gęściej. Im dalej na wschód, a zwłaszcza na zachód, tym spokojniej Tym więcej dzikich skał, zielonych przestrzeni i wiatraków. Zupełnie, wręcz dziko wietrznie jest na Cabo de San Vincente, w samym południowo-zachodnim rogu Europy. Dalej już tylko ocean, a przed oczami wędrowców latarnia morska i ruiny dawnego portu Sagres, skąd karawele z krzyżem Rycerzy Świątyni wybierali się na ocean. Tak, tak, zakon Ordo Christi, odpowiedzialny za wyprawy zamorskie, to w prostej linii dziedzice templariuszy. Zostawmy Algarve. Są jeszcze inne miejsca. Plaża Giuncho w Estoril i Nazare, mekka dla kajciarzy i deskarzy. Figuera da Foz z chyba najszerszą plażą w Europie czy portugalska Wenecja – miasteczko Aveiro.

Gotyk pokręcony

Takich perełek jak Aveiro są w Portugalii setki. Moją ulubioną jest Amarante, jakieś 50 kilometrów na wschód od Porto, w stronę hiszpańskiej granicy. Są w nim najsłodsze na świecie ciastka, ale nie ma tego co fascynuje w Portugalii pożeraczy architektury najbardziej.

Czymże jest ten rzadki towar? To absolutnie wyjątkowy lokalny gotyk. Gotycki styl manueliński (od króla Manuela I Szczęśliwego) rozwinął się w pełni dopiero w XV wieku. Jest wariantem hiszpańskiego plateresco, ale jeszcze bardziej wielowarstwowym , pełnym szalonej ornamentyki i delikatnym jak koronka. Widać w nim wpływy arabskie. Jest też sporo realizmu, który nawiązuje do wypraw morskich podejmowanych w tym czasie przez królestwo Portugalii. Nic więc dziwnego, że w detalu dostrzeżemy czasem fragment marynarskiego pasa, okrętowego sznura czy rzeźby przedstawiającej koralowiec. Arcydziełami stylu manuelińskiego są na równi Mosteiro Dos Jeronimos w Lizbonie, krużganki klasztoru w Batalha, wieża rzeczna na Tagu w Belem czy klasztor w Tomar. O tym ostatnim opowiem jeszcze, że jest absolutnym cymesem dla wielbicieli staroci. Ano właśnie tam kompletnie bez zniszczeń przetrwał do naszych czasów jeden z niewielu XII-wiecznych, oktagonalnych kościołów templariuszy. Jakim cudem? To już zupełnie inna historia.

Czas pożegnać Portugalię. Szkoda, bo zawsze, kiedy o niej myślę, ręka aż świerzbi, by kupić bilet i lecieć. Cóż, za oknami nad Wisłą ziąb i wieje. Jest już trochę śniegu, ale prawdziwa zima dopiero przed nami. A w Lizbonie, choć chłodno, to jednak słońce. Ptaki wciąż rezydują na obrzeżach portu. Po Tagu pływają promy. A brazylijskie kapele grają przy Praça do Comércio w najlepsze.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA