fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

WADA, to nie wypada

Polski minister sportu i turystyki Witold Bańka zostanie czwartym szefem WADA
Fotorzepa, Robert Gardziński
Mija 20 lat od utworzenia Światowej Agencji Antydopingowej. Bilans na razie wychodzi na zero: WADA działa, doping trwa. (Przypominamy tekst z lutego)

Był rok 1998. Światowy sport przeżywał kolejne wstrząsy: australijscy celnicy znaleźli fiolki z hormonem wzrostu w bagażach chińskich pływaczek przybyłych na mistrzostwa świata, niemieccy prokuratorzy ujawniali kolejne drastyczne szczegóły państwowego dopingu w byłej NRD, sławę pływania z Holandii, mistrzynię olimpijską Michelle de Bruin, przyłapano na manipulacjach z próbkami moczu, a we Francji agenci celni i policja z hukiem odkrywali dopingowe tło kolarstwa w Tour de France.

Zwłaszcza ten ostatni skandal, znany jako „afera grupy Festina" (choć dotyczył całej dyscypliny), przekonał władze światowego sportu, że dotychczasowe metody kontroli dopingu wcale nie rozwiązują problemu.

Komitet Wykonawczy Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) zorganizował zatem w lutym 1999 roku w Lozannie międzynarodową konferencję na temat walki z dopingiem.

Dolar za dolara

Najważniejszym rezultatem konferencji było powołanie do życia Światowej Agencji Antydopingowej – WADA, której celem miało być spójne, wielostronne i skuteczne przeciwdziałanie dopingowi w sporcie. WADA jest formalnie organizacją non profit, opartą na prawie szwajcarskim prywatną fundacją.

Głównym organem decyzyjnym jest 38-osobowa Rada Fundacji, składająca się po połowie z przedstawicieli MKOl i rządów. Główne ciało robocze to 12-osobowy Komitet Wykonawczy, także równo podzielony między reprezentantów ruchu olimpijskiego i władz publicznych, w którym od marca 2017 działa polski minister sportu Witold Bańka, wybrany głosami Rady Europy.

Finansowanie agencji początkowo wziął na siebie MKOl, przez dwa lata dał agencji na rozruch 18,3 mln dol. Od 2002 roku WADA jest wspomagana po połowie ze środków ruchu olimpijskiego oraz wpłat rządów państw zaangażowanych w działalność antydopingową. MKOl uznał, że swoje 50 procent kosztów będzie przekazywał corocznie dopiero wtedy, gdy pozna wszystkie wpływy od rządów – dolar za dolara.

Udziały są rozłożone na kontynenty i państwa, ale każdy kraj może przekazać składkę wedle własnej woli, ponad obowiązkowy limit (poniżej także). Dane są w pełni jawne, Polska w 2018 roku wpłaciła na konto WADA 208 467 dolarów. Dla porównania – Rosja, Wielka Brytania, Francja, Włochy i Niemcy po 881 132 dol., USA – 2,324 mln, Malta – 9149 dol. Jest także możliwość wpłat z innych źródeł. W minionym roku takie indywidualne granty dały organizacji jeszcze 1,2 mln dol. Ostatni budżet agencji nieco przekroczył 34 mln dol.

Siedzibą fundacji jest Lozanna, ale kwatera główna agencji od 2002 roku znajduje się w Montrealu. Będzie tam do 2021 roku i zapewne dekadę dłużej (takie są rekomendacje). Federalne władze kanadyjskie i prowincji Quebec wsparły ofertę 3 mln dol. corocznych wpłat na WADA (i jeszcze dołożyły 1 mln na prace naukowe), więc dość łatwo odrzucono sugestie, że centralę agencji lepiej byłoby mieć w Europie, bliżej kwatery MKOl.

Dick Pound – mocny człowiek

Rząd Quebecu obiecał także rozwiązania prawne gwarantujące immunitet dla działaczy WADA w przypadku pozwów w sprawach dopingowych. Pracownicy agencji nie płacą w Montrealu podatku dochodowego, mają zapewnioną ochronę danych osobowych oraz pewność otrzymania wiz i pozwolenia na pracę.

Pierwszy szef WADA, kanadyjski prawnik Richard W. Pound, niegdyś olimpijski pływak, przez lata pracował w ruchu olimpijskim. Członkiem MKOl został w 1978 roku, jeszcze za czasów przewodniczącego barona Michaela Killanina. Dwukrotnie był wiceprzewodniczącym MKOl, w latach 1984–2001 (gdy szefem MKOl był Juan Antonio Samaranch) negocjował wszystkie olimpijskie kontrakty telewizyjne i sponsorskie. Przewodził WADA do 2007 roku, zachowuje do dziś silne wpływy, także fotel w Radzie Fundacji WADA i stanowisko członka MKOl.

Pounda zastąpił John Fahey, były premier Nowej Południowej Walii i australijski minister finansów. Grał w młodości w rugby, ale jego przepustką do świata wielkiego sportu było stanowisko przewodniczącego komitetu organizacyjnego igrzysk olimpijskich w Sydney. Podobnie jak poprzednik, zaraz po objęciu stanowiska stwierdził, że walki z dopingiem wygrać się nie da.

Rządził, gdy rzeczywiście trudno było o optymizm. Właśnie wybrzmiewały echa skazania Marion Jones, odnowienia śledztwa w kolarskiej aferze „Operacion Puerto", przesłuchań w amerykańskim Kongresie w sprawie dopingu w baseballu, powołania recydywisty Dwaina Chambersa do reprezentacji Wielkiej Brytanii na halowe mistrzostwa świata.

Kadencja kolejnego szefa WADA sir Craiga Reediego, szkockiego ekonomisty, byłego przewodniczącego Brytyjskiego Komitetu Olimpijskiego i obecnego wiceprzewodniczącego MKOl, zaczęła się w 2013 roku. Sir Craig kiedyś nieźle grał w badmintona, miał też szczęście, że ten sport w 1992 roku wszedł do rodziny olimpijskiej. Reedie, jako prezes Międzynarodowej Federacji Badmintona, otrzymał szansę i dobrze ją wykorzystał, będąc także we władzach komitetu organizacyjnego igrzysk w Londynie.

Decyzja w Katowicach

Możliwość zostania kolejnym szefem WADA ma teraz minister Witold Bańka. Niedawno zyskał nominację Komitetu Rady Europy ds. WADA (CAHAMA), ma za sobą pracę w Komitecie Wykonawczym, dobrze ocenianą polską ustawę ds. zwalczania dopingu w sporcie, przed sobą kampanię wyborczą oraz Światową Konferencję Antydopingową w Katowicach (5–7 listopada 2019 r.).

Jeśli wygra, nie dostanie wygodnego fotela i łatwych spraw do rozwiązania. Wedle wielu osób WADA przechodzi kryzys – skuteczności, efektywności i wiarygodności – i wymaga zasadniczych wewnętrznych reform.

Craig Reedie wymienia sukcesy: stworzenie i zatwierdzenie przez większość państw światowego kodeksu antydopingowego, rozwinięcie spójnego systemu sankcji, znaczny postęp metod naukowych w walce z dopingiem, stworzenie sieci akredytowanych laboratoriów antydopingowych i wdrożenie biologicznych paszportów sportowców. Jednak kolejne afery ostatnich lat pokazują, że doping ma się dobrze.

Sztorm, jaki wywołało ujawnienie w 2016 roku (także w raportach zleconych przez WADA) instytucjonalnego dopingu w Rosji, pokazał słabości agencji: zbyt małe uprawnienia, skromna prawna i finansowa siła oddziaływania, nieduże możliwości prowadzenia złożonych międzynarodowych śledztw, zbyt wolny czas reakcji na ewidentne oszustwa dopingowe. Niekiedy, jak w Rosji, także skłonność do ustępstw, wstydliwie chowaną przed światem.

Koszula bliższa ciału

WADA ma też problem z typowym sportowym konfliktem interesów: z jednej strony jest potrzeba rozwoju i promocji dyscyplin, z drugiej potrzeba karania oszustów, piętnowania korupcji i wskazywania nadużyć, które mocno psują wizerunek sportu.

Struktura WADA nie ułatwia rozwiązania tej sprzeczności – silna zależność organów agencji od MKOl (czyli działaczy konkretnych sportów) powoduje niekiedy, że kierują się bardziej interesem dyscyplin niż potrzebami walki z dopingiem.

Ta sytuacja powoduje napięcia, nawet między MKOl i WADA – przykład dały wypowiedzi przewodniczących Thomasa Bacha i Craiga Reediego w Rio, gdy zderzyły się dwie wizje wykluczania rosyjskich dopingowych oszustów z igrzysk.

Ostatnie decyzje WADA w sprawie przywrócenia prawa działania RUSADA dla dużej części sportowego świata też osłabiły wiarygodność agencji. Głos zabrali liczni oburzeni sportowcy.

Są opinie, że rozwiązanie musi być radykalne: całkiem nowa agencja, bez łączności z wielkimi organizacjami sportu (także MKOl), walcząca nie tylko z dopingiem, lecz także z nielegalnymi zakładami i korupcją. – Pełna niezależność to byłoby przyznanie się do pełnej porażki. System kontroli i badań mamy solidny. Problem w tym, że jest zbyt wielu ludzi, którzy nie chcą, aby to wszystko działało – twierdzi Richard Pound.

Jeśli tak, to przed czwartym przewodniczącym agencji stanie naprawdę trudne zadanie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA