fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MP Sztuka

Pomyłki w tym zawodzie wywołują skandale

Adobe Stock
Im więcej wątpliwych obrazów dopuści ekspert, tym większe ryzyko, że się pomyli i straci reputację. Może to doprowadzić do reklamacji, skandalu i sądowego procesu – mówi Krzysztof Zagrodzki z Paryża, ekspert francuskiego rynku sztuki.

Organizuje pan w Paryżu aukcje polskich artystów emigrantów, którzy należeli do szkoły paryskiej oraz artystów z Europy Środkowo-Wschodniej. Jest pan jednym z kilkudziesięciu licencjonowanych przez rząd francuski ekspertów rynku sztuki. W Polsce zawód eksperta nie został prawnie uregulowany. Na czym polega to we Francji?

We Francji licencjonowany ekspert jest urzędnikiem państwowym, to zawód zaufania publicznego. W 2000 roku zostało to usankcjonowane prawnie przy okazji reformy rynku sztuki. Powstała wtedy Rada Aukcyjna (Conseil des Ventes). Kandydat na eksperta, mówiąc w koniecznym skrócie, składa swój udokumentowany dorobek i jest egzaminowany przez radę.

Teoretyczna wiedza nie wystarcza.

Ekspert musi mieć wiedzę praktyczną. Musi umieć ocenić np. gatunek płótna, gwoździe, którymi przybito płótno i to czy wbite są tak, jak wbijał je dany artysta. Rozmiary krosna mogą być również pewną wskazówką.

Ekspert może stracić swoje urzędowe uprawnienia, gdy zostaną mu udowodnione np. zła wola w pracy, oszustwa lub w przypadku rażącej niekompetencji. Ekspert ma oczywiście obowiązkowe ubezpieczenie OC, współpracuje z konserwatorem sztuki.

Rządowa licencja nadaje wysoki prestiż zawodowy.

Licencjonowany ekspert ma w praktyce wyższy status od działających równolegle na rynku nielicencjonowanych ekspertów, może być powołany np. na biegłego sądowego. Klient, mając do wyboru, wybiera eksperta z licencją. Jednak nielicencjonowany ekspert też z mocy prawa musi być ubezpieczony.

Co jest potrzebne w pracy eksperta badającego autentyczność obrazów? To jest dar od Boga, czy można się tego zawodu nauczyć?

Intuicja na pewno pomaga. Podobnie łatwość kojarzenia z pozoru odległych faktów. W zawodzie eksperta potrzebne jest bogate doświadczenie, specjalizacja. Nieodzownym instrumentem w rękach eksperta jest np. lampa ultrafioletowa, która pozwala wykryć retusze, przemalowania lub fałszywą sygnaturę.

Niezależność eksperta nie ma znaczenia? W Polsce jest tradycyjnie niska podaż. Procentowy zarobek eksperta nierzadko zależy od liczby dopuszczonych do sprzedaży obrazów. Zatem im mniej dopuści, tym mniej zarobi. To jest presja ekonomiczna!

Im więcej wątpliwych obrazów dopuści ekspert, tym większe ryzyko, że się pomyli i straci reputację. Może to doprowadzić do reklamacji, skandalu i co najgorsze dla eksperta, do sądowego procesu. W razie pomyłki będzie musiał płacić wyższe składki ubezpieczenia. Nierzadko handlarze próbują wywrzeć presję na eksperta. Jednak niezależność eksperta to podstawa.

Obserwuje pan polski rynek sztuki. Ma pan kontakt z klientami z kraju. Na co się skarżą, co przeszkadza im na krajowym rynku?

Zdrowy rynek opiera się na dwóch najważniejszych podstawach. Pierwsza to wiarygodne ceny podawane po aukcjach. Druga to autentyczność przedmiotów w handlu. Zdarza się, że na krajowych aukcjach podawane są wyniki nieprawdziwe. Skutek jest taki, że nikt nie wie, ile co naprawdę kosztuje. Potencjalni klienci tracą zaufanie do takiego rynku.

We Francji zdyscyplinowano domy aukcyjne w ten sposób, że po aukcji spisywane są oficjalne protokoły wyników i od cen podanych w protokole antykwariusz płaci podatek. Nawet jeśli np. rodzina artysty chce go szybko wypromować i nieoficjalnie podbija jego ceny na aukcji, to musi opłacić marżę sprzedającego i kupującego. Podatek opłacany jest od tej sztucznie wyśrubowanej ceny uwzględnionej w protokole, podanej do publicznej wiadomości. Tego rodzaju „kominy” cenowe od razu budzą podejrzenia, nie wpływają na wartość tego malarstwa.

Generalnie przeciwny jestem ingerowaniu państwa w wolny rynek, ale te protokoły są bardzo dobre! Dzięki nim rynek zyskuje na przejrzystości, wiarygodności. Oczywiście możliwe jest oficjalne wprowadzenie koniecznej korekty do protokołu, ale zapłata podatku jest rzeczą świętą.

Warto sprawdzić: Skandal promuje polską sztukę

Polskie dzieła na międzynarodowym rynku są wyraźnie tańsze niż porównywalna sztuka ze świata. Interesują tylko Polaków, którzy tworzą niski popyt. Co może wpłynąć na wzrost cen naszej sztuki?

Nie da się wypromować tej sztuki bardziej niż jest ona w tej chwili znana i ceniona. Tą sztuką interesują się tylko Polacy z kraju lub polska diaspora na świecie. Zamożność tych ludzi jest mocno ograniczona. Warto też widzieć naszą sztukę w kontekście sztuki świata. Faktem jest, że nie mieliśmy malarzy na miarę np. Picassa. Nie mieliśmy liczących się w świecie kolekcjonerów, którzy tworzyliby silny popyt.

Moim zdaniem Władysław Ślewiński jest niewspółmiernie tani w stosunku do jego legendy. Do jego koneksji artystycznych z Paulem Gauguinem.

Może i tak… Był jednym z wielu artystów skupionych wokół Gauguina. To był malarz ciekawy, ale przecież nie najwybitniejszy z grupy skupionej w Pont Aven. Nie zgodzę się, że jest niedoszacowany. Kosztuje tyle, ile może kosztować przy popycie mocno ograniczonym zamożnością Polaków.

Od czego zależy wzrost ceny obrazu?

Zależy np. od mody, od sytuacji politycznej, przede wszystkim od kondycji ekonomicznej społeczeństwa. Zależy od wysokości podaży i oczywiście od tego, czy społeczeństwo jest oswojone ze sztuką, czy istnieje tradycja kupowania sztuki, domowego życia pośród sztuki.

Jeśli w historii danego kraju były jednostki oświecone, które z pasją tworzyły kolekcje, prywatne muzea, to istnieją gotowe wzory do naśladowania, to jest sprzyjający klimat do kupowania sztuki. Muzea w Stanach Zjednoczonych stworzyli prywatni kolekcjonerzy, filantropi. W Polsce z wielką pasją kolekcjonował sztukę właściwie tylko Feliks Manggha Jasieński.

W jakiej kondycji dziś jest rynek polskich malarzy, którzy należeli do szkoły paryskiej?

Polskiej sztuki ze szkoły paryskiej jest mało, zwłaszcza dobrej. Zmalało zainteresowanie tą sztuką. Nie budzi też większego zainteresowania sztuka XIX wieku. Może dlatego, że na krajowych aukcjach ostro licytowana jest przede wszystkim powojenna polska sztuka tworzona w kraju. Kupowana jest też sztuka z ostatnich lat, której poziom – nawiasem mówiąc – jest nieraz fatalny.

Jak wyglądał handel polską sztuką, kiedy w 1971 roku zamieszkał pan w Paryżu?

Polskie obrazy leżały np. w wiklinowych koszach, nie były nawet katalogowane przed aukcjami w Drouot. Cena zależała właściwie od formatu dzieła. Nazwiska polskich malarzy ze szkoły paryskiej nie były znane we Francji. Boznańska czy Tadeusz Makowski byli całkiem anonimowi. W Paryżu tworzyły tysiące malarzy ze świata, pośród nich Polacy, lecz ich wkład był marginesowy.

Krzysztof Zagrodzki, ekspert francuskiego rynku sztukiKrzysztof Zagrodzki z Paryża, ekspert francuskiego rynku sztuki. Fot. Janusz Miliszkiewicz

Źródło: pieniadze.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA