fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MOTO Ten pierwszy raz

Volkswagen T-Cross: Wesoły szczeniak

SUV-y i crossovery zmieniają oblicze rynku motoryzacyjnego, to już wiadomo od pewnego czasu. Klienci chcą tych aut, więc producenci pojazdów nie zwalniają tempa, wprowadzając na rynek kolejne nowości. Takie jak najmniejszy z rodziny Volkswagen T-Cross.  Czy rzeczywiście jest najmniejszy?

Oczywiście nie każdy jest fanem tego typu samochodów. Ich obecnie dominująca pozycja na rynku sprawiła, że takie nadwozia, jak vany czy minivany odchodzą w niepamięć. Co więcej, SUV-y i crossovery zaczynają zagrażać również typowym kombiakom. Osoby wybierające takie auta argumentują, że gwarantują one wyższą pozycję za kierownicą, często mają ciekawszą stylistykę, większy prześwit, są też bardziej przestronne, Można z tym się zgadzać, albo nie, ale z faktami trudno wygrać. Dlatego lepiej skupmy się na nowej propozycji Volkswagena.

Rok 2025 ma być przełomowym dla niemieckiej marki. To właśnie wtedy co drugi wyprodukowany samochód ma być SUV-em. Wprowadzenie do oferty najmniejszego crossovera o nazwie T-Cross jest kolejnym krokiem w tym kierunku. I choć na rynku jest wiele aut z tego segmentu, które nie zasługują nawet na odwrócenie się za nimi, to Volkswagen dobrze odrobił pracę domową. Ale choć przygotowując auto z grupy A0 wykorzystał cale swoje „know-how”, nie udało się uniknąć paru wad.

W kolorach mu do twarzy

Nie mamy się co oszukiwać, T-Cross nie jest dziełem sztuki na miarę włoskich pojazdów z przełomu wieku. Ale trzeba też przyznać, że Volkswagen podszedł z głową do tego modelu. Przede wszystkim nie poszedł na skróty podnosząc Polo, by otrzepać ręce ze stwierdzeniem „das ist die optimale Lösung”. Tym samym auto zyskało własny charakter.

Z przodu mamy charakterystyczną formę świateł, sześciokątną atrapę chłodnicy, jak też obudowę reflektorów przeciwmgłowych, które nawiązują do starszych i większych braci T-Crossa. Z boku jest klasycznie, mamy prostą linię nadwozia z niewielką liczbą ostrych przetłoczeń. Tak dochodzimy do tyłu, a tam się podziało. Nowością są czarne lampy z wycięciami na elementy świetlne dające efekt 3D, połączone ze sobą czarną blendą. Wygląda to dobrze i co najważniejsze, odróżnia ten model od innych.

Volkswagen nie zapomniał też o bardzo ważnej dzisiaj, zwłaszcza tych segmentach, możliwości personalizacji. T-Cross oferuje szereg opcji dopasowania wyglądu do własnych upodobań. W ofercie można znaleźć interesujące kolory nadwozia, jak też pakiety dodatkowe. Podczas pierwszych jak miałem okazję zapoznać się z wersją z pakietem R-line w turkusowym kolorze, który idealnie pasuje do tego modelu. Są jednak dostępne bardziej szalone połączenia, jak kolor Energetic Orange w pakiecie z czarno-pomarańczowymi felgami i dodatkami we wnętrzu w takich odcieniach.

Poukładane wnętrze

We wnętrzu nie spodziewajmy się fajerwerków. Tu jesteśmy najbliżej Polo. Jest jednak nieco więcej kanciastych form, które pasują do charakterystyki auta. Sporo może zdziałać także personalizacja wnętrza. Jest jednak jedno ale. W Polo szczyt deski wykonany jest z miękkiego plastiku. Tutaj jest twardo. Producent tłumaczy to tym, że w większym modelu T-Roc jest tak samo. Jednak od Volkswagena, który chce się pozycjonować wyżej niż inne auta, oczekuję czegoś więcej. Dodatkowo plastiki na boczkach drzwi również pozostawiają nieco do życzenia.

Choć auto mogłoby być lepiej wykończone, to w przypadku wyposażenia niemiecki koncern nie ma sobie równych. W testowym egzemplarzu było praktycznie wszystko, czego można sobie zażyczyć. Nie zabrakło cyfrowych zegarów Active Info Display (takie same jak w Polo czy T-Roku), topowego systemu multimedialnego (za dopłatą można mieć obsługę CarPlay i Android Auto), podgrzewanych siedzeń, dwustrefowej klimatyzacji czy dwóch dodatkowych portów USB dla osób podróżujących z tyłu.

Hasło przewodnie: „przestronność

Choć T-Cross zalicza się do grupy aut A0, zaskakuje swoją przestronnością i praktycznością. O dziwo jest on wygodniejszy i ma więcej możliwości regulacyjnych niż większy brat T-Roc. Auto powstało na platformie MQB, dzięki czemu możliwe było uzyskanie dużego rozstawu osi – 2548 mm. Do tego nadwozie T-Crossa jest o 54 mm dłuższe niż w Polo i o 138 mm wyższe. Warto też nadmienić, że choć mniejszy brat jest tylko o 12 cm krótszy od zakorzenionego już na rynku modelu T-Roc, to w T-Crossie bagażnik jest bardziej przestronny. Poza tym w drugim rzędzie siedzeń jest naprawdę sporo miejsca. Dzięki temu samochodem mogą podróżować komfortowo cztery osoby.

Warto też zwrócić uwagę na przesuwną kanapę, która reguluje się w zakresie 14 cm. Pozwala to powiększyć bagażnik w momencie, kiedy jedziemy bez pasażerów. W zależności od ustawienia może on mieć od 385 do 455 litrów objętości. Z kolei po złożeniu oparć foteli zwiększa się ona do 1281 litrów. Kolejną zaletą jest pozycja za kierownicą. Usytuowanie fotela kierowcy o 5 cm wyżej znacząco poprawiła widoczność.

Klasyka pod maską

Do napędu T-Crossa służą dwie jednostki napędowe. Możemy wybrać pomiędzy 1.0 TSI 95 KM lub 1.0 TSI 115 KM. Pod koniec roku do oferty trafi jeszcze 1.5 TSI 150 KM. Polski oddział Volkswagena zrezygnował natomiast z silnika wysokoprężnego 1.6 TDI. Wynika to z faktu na znikomy popyt na ten silnik w tego typu autach.

Podczas pierwszych jazd miałem okazję zapoznać się z wersją 115-konną wspołpracującą z automatyczną przekładnią DSG. To opcja dla tego auta w zupełności wystarczająca. Zapewnia odpowiednią dynamikę nie tylko w mieście, ale również w trasie. Do tego wnętrze zostało dobrze wyciszone, przez co jednostki napędowej praktycznie nie słychać. Pozytywnie zaskakuje również zużycie paliwa, które w mieście nie przekroczyło 8 l/100 km, a w trasie udało się osiągnąć wynik 4,5 l/100 km. Poza tym 7-biegowe DSG świetnie daje sobie radę z małym autem. Nie odczuwa się szarpnięć, a jego reakcja na „kickdown” jest odpowiednia.

Opisując T-Crossa nie sposób nie odnieść się do o numer większego modelu T-Roc. Przede wszystkim w mniejszym corssoverze jest belka skrętna, a nie zawieszenie wielowahaczowe. Poza tym auta są zbudowane na innych platformach. Ta w T-Crossie dzielona jest m.in. z Volkswagenem Polo, SEATem Aroną, Skodą Kamiq i Skodą Scalą. T-Roc zbudowany jest na platformie MQB, tej samej, na której stoi m.in. Volkswagen Golf. Większy brat ma też mocniejsze silniki. W ofercie jest choćby 2.0 TSI 190 KM, a niedługo pojawi się również odmiana R o mocy 300 KM.

Wszystko ma swoją cenę

Volkswagen przyzwyczaił nas do tego, że jego auta nie należą do najtańszych. Podobnie jest z T-Crossem. Startuje on od 69 790 zł. Tym samym jest o 14 tys. zł tańszy niż T-Roc. Jednak mało kto zapewne zdecyduje się na wersję bazową, mimo że w standardzie otrzymujemy takie systemy bezpieczeństwa jak: Front Assist, system wykrywania pieszych, Lane Assist, Blind Spot czy asystenta wyjazdy z miejsca parkingowego. Topowa odmiana Style to wydatek minimum 83 690 zł. Doposażając auto bez problemu przebijemy barierę 100 tys. zł. Wersja testowa z pakietem R-Line, DSG i większością bajerów została wyceniona na – bagatela – 120 tys. zł. Jak na auto z segmentu A0 to trochę za dużo.

Ale T-Cross to samochód, który potrafi zaskoczyć nie tylko cena. Jest przestronny, wygodny i ciekawszy stylistycznie niż Polo. Z pewnością dla wielu osób będzie dobrą alternatywą dla klasycznych pojazdów, szczególnie biorąc pod uwagę wyposażenie czy możliwości personalizacji. Jego kompaktowe wymiary to duża zaleta przy podróżach po mieście. Łatwość parkowania oraz pakowność okażą się jego największą zaletą i z pewnością klienci to docenią. Ale bez problemu pojedziemy nim też w trasę. Można nawet powiedzieć, że jest to rozsądniejszy wybór od większego brata, chyba że potrzebujemy więcej mocy. Bo tej od pomarańczowych felg nam nie przybędzie.

Źródło: moto.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA