fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Szczygieł oprowadza po Pradze, Gretkowska po Wenecji

Wojciech Olszanka/Dzien Dobry TVN/East News/Tomasz Krupa
Szczygieł oprowadza po Pradze, Gretkowska - po Wenecji. Różne są ich wędrówki i postrzeganie świata.

Autorzy są niemal w tym samym wieku, każde z nich w opisywanym mieście znalazło się po raz pierwszy w 1988 roku. Obydwa przewodniki mają charakter osobisty. Podobna jest ich objętość, znacząca liczba zdjęć. Zasadniczo różni się jednak treść – nie dlatego, że opisywane są inne miasta, lecz dlatego, że inny jest poziom pojmowania świata u Mariusza Szczygła i u Manueli Gretkowskiej.

Szczygieł jest częścią Pragi. Napływową wprawdzie, ale świadomą, że udziela mu ona gościny. Rozumie, że miasto, do którego od lat powraca, jest prezentem, który z każdym pobytem odwija z kolejnych papierów, by docierać do jego istoty.

Mariusz SzczygiełOsobisty Przewodnik po Pradze Fundacja Instytut Reportażu, 2020

Dowcipna opozycja

Z czułością opowiada więc o bibliotece miejskiej, która istnieje od 1891 roku, a on należy do niej od lat 18. Odwiedza Helenę Stachovą, tłumaczkę swoich książek, z którą znajomość trwa już kilkanaście lat. Rozmawia z taksówkarzem, relacjonując potem czytelnikowi różnice mentalne między Czechami i Polakami. „Kiedyś Havel na pytanie, czym się różniła opozycja antysystemowa w Czechosłowacji od tej w PRL-u, odparł: Nas było mniej, ale byliśmy dowcipniejsi” – przypomina Szczygieł i dodaje, że w jednej z praskich knajp gospodarz uprzedza: „Za dwa wypite kufle trzeciego nie postawimy wam za darmo, ale musicie uważać, żebyśmy go wam nie dopisali do rachunku”. I że „Czesi nie znoszą patosu jak grzanego piwa”.

Ma w Pradze swoje kąty i nimi się z czytelnikami dzieli – bez poczucia wyższości, ale z przyjaźnią i zaciekawieniem wobec ludzi, miejsc i ich historii. Z Gretkowską jest całkiem inaczej. Pierwszy pobyt w Wenecji tak wspomina: „Przyjechałam z ponurego, szarego świata komuny do miasta światła, wolnego świata” – i nawet dodaje poetycko: „byłam jedną z boschowskich dusz, uwolnionych od szarej beznadziei, podążających ku zbawiennej wolności”.

Pisze też: „Wracam tutaj od końca lat 80. jak do siebie”, ale jedynym śladem jej więzi z miejscowymi jest lakoniczne: „Zadzwoniłam do znajomych upewnić się, czy nas przenocują”.

Manuela GretkowskaWenecja. Miasto, któremu się powodzi Wielka Litera, 2020

Ona z taksówkarzami (gondolierami) nie wdaje się w pogawędki. Z dezaprobatą notuje: „Najwięcej jest turystów jednodniowych. Nie śpią w Wenecji, nie jedzą. Zjawiają się obejrzeć weneckie dziwactwo”. Radzi im: „Serenissima nie jest muzeum i nie wymaga muzealnych kapci. Ale z szacunku dla jej unikatowego piękna wypadałoby nosić kalosze zamiast neonowych plastików wyrzucanych byle gdzie. Uszanuj to i nie bębnij po bruku kółkami walizki. Plecaki są wygodniejsze. Latem nie musisz wszędzie chodzić z plastikową butelką. Nie jesteś odwodnionym noworodkiem”.

Miasto jak impreza

Takich uwag jest więcej, bo przecież Gretkowska jest miejscowa i szczera: „Nie rozumiem popularności mostu Westchnień (Ponte dei Sospiri) łączącego Pałac z nowym więzieniem. Po pierwsze nie jest mostem, tylko korytarzem nad kanałem. Po drugie nikt tu nie wzdychał z miłości. Więc robienie sobie pamiątkowego zdjęcia typu „cheese” i całowanie się na tle spacerniaka skazańców świadczy o dziwnym pojmowaniu współczesnego szczęścia”.

Kiedy Szczygieł pisze o atrakcjach, do których chce dotrzeć każdy przyjezdny, jak do słynnego browaru U Fleku, przyznaje: „Niestety, nie lubię tego lokalu. Moja rada: do Fleków iść, lecz nie zasiadać. (…) Średnio sprzedają 2 tys. kufli dziennie, słabe piwo i tylko turyści”.

Chętnych na mniej standardowe zwiedzanie wysyła do Erotickich video kabin na Żiżkowie: „Uderza naturalność i bezpretensjonalność wszystkich klientów. Porównanie, jakie przychodzi mi do głowy, to poczta. Wyobraźmy sobie, że w osiedlowym urzędzie pocztowym ktoś w kącie odbywa stosunek seksualny, a cała reszta petentów patrzy na to z obojętną miną, jak na przybijanie pieczęci na znaczkach”.

Poleca też mało oczywistą wizytę w zborze husyckim mieszczącym się w apartamentowcu, zachwyca rezerwatem przyrody Divoka Šarka, „jakiego nie ma chyba żadna stolica świata. Góry, doliny, wąwóz i kanion w jednym. (…) Teren zaczyna się stepem, który przechodzi w gęsty las. – Napiszesz o Šarce i tłumy turystów ją nam zamordują… Dlatego, proszę, jeśli nie musicie, to akurat tam nie jedźcie”.

Gretkowska miasto raczej punktuje, aniżeli poddaje się jego urokowi: „Wenecja – miasto impreza – jest miastem samooczyszczającym się. Nie ma tu kurzu ani pijackich rzygów jak w Krakowie”. Pisze też: „plomby architektoniczne, nieliczne w Wenecji, są porażką”. I poucza: „Freski domów patrycjuszy, obrazy, kościoły przepełnione są dziełami tworzących tu artystów. Bez znajomości najważniejszych nie zrozumie się tego miasta”.

Jest to więc zupełnie inna narracja niż u Szczygła: „Lubię chodzić na groby ludzi, którzy mieli na mnie wpływ”. I gdy wymienia Franza Kafkę i Otę Pavla, trudno mu nie wierzyć. Gretkowska kwestii cmentarnych też nie pomija, opisuje miejsca wiecznego spoczynku na wyspie San Michele Ezry Pounda, Strawińskiego, Diagilewa („przypomina wysypisko zużytych baletek”).

Kolejna zasadnicza różnica polega na zdjęciach – do książki Szczygła zrobił je specjalnie Filip Springer, który portretując miejsca, dodał do opowieści własną kontemplację miasta. Kończący książkę Gretkowskiej spis ilustracji jest informacją o wielu źródłach, z jakich zostały zaczerpnięte, choć są i zdjęcia wykonane przez jej córkę Polę.

Czytelnikom wybierającym się do Wenecji radzę sięgnąć po inny przewodnik niż „Wenecja. Miasto, któremu się powodzi”. Zmierzający do stolicy Czech będą mieć za to w „Osobistym przewodniku po Pradze” lekturę, którą warto mieć przy sobie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA