Linie lotnicze i lotniska

Stewardesa Ryanaira: Mało płacą, dużo wymagają

Filip Frydrykiewicz
Mała pensja, konieczność opłacenia sobie samemu szkolenia i zabierania własnego jedzenia na pokład - jedna ze stewardes Ryanaira opowiedziała o warunkach pracy u tego przewoźnika

Na dzisiaj pokładowi pracownicy Ryanaira z Niemiec, Belgii, Szwecji, Irlandii i Holandii zapowiedzieli strajk. Przewoźnik musiał odwołać 400 z ponad planowanych 2400 lotów. Pracownicy skarżą się na złe warunki pracy. Jedna ze stewardes, opowiedziała niemieckiej gazecie „Der Spiegel", o co ma pretensje do pracodawcy.

Według niemieckiego związku zawodowego Ver.di, większość stewardes Ryanaira to osoby w wieku od 18 do 30 lat, głównie pochodzące z krajów południowej i wschodniej Europy. Są mocno przywiązane do tego przewoźnika, bo nie wymaga on znajomości innego języka poza angielskim, gdyby chciały przejść do innej linii w Niemczech musiałyby znać jeszcze niemiecki. Odejście z Ryanaira utrudnia im jeszcze jedna kwestia – wiele z nich ma długi u swojego pracodawcy, ponieważ jeszcze do niedawna stewardzi i stewardesy musieli sami płacić za szkolenia. To wszystko sprawia, że zaczęli łączyć się w większe grupy i walczyć o swoje sprawy. Pasażerom, cierpiącym z powodu strajków, mówią: To, że płacicie za bilet 20 euro, ma swoją cenę, którą płacimy my, pracownicy.

Stewardesa, na którą powołuje się „Der Spiegel" opisuje, że wymagania stawiane kandydatkom do zawodu w Ryanairze nie są trudne. Ona sama odpowiedź o zatrudnieniu dostała mejlowo, niedługo po rozmowie. Pierwszy powód dający do myślenia o warunkach pracy stanowił kolejny list elektroniczny, w którym podany był numer konta. Należało na niego wpłacić 3 tysiące euro tytułem zapłaty za szkolenie. Jeśli ktoś nie mógł sobie pozwolić na taki wydatek, miał możliwość zaciągnięcia kredytu u przewoźnika i spłacania go później w miesięcznych ratach. Obecnie zasada ta została zmieniona, szkolący się nie tylko nie opłacają nauki, ale dostają za nią nawet minimalne wynagrodzenie. Później ich pensja wynosi od 700 do 1300 euro miesięcznie, wszystko zależy od liczby wylatanych godzin, bo stewardesa nie dostaje żadnego wynagrodzenia podstawowego, firma płaci jej tylko za czas spędzony w powietrzu. Wszelkich postojów wynikających z przygotowania samolotu, ale też z opóźnień i odwołań rejsów, nie wlicza się do godzin pracy. To powoduje, że nigdy nie wiadomo, ile się w danym miesiącu zarobi – w kontrakcie zapisano, że maksymalnie miesięcznie (28 dni) można latać przez sto godzin. Nie oznacza to wcale, że na tyle dostanie się zlecenia. Dorobić za to można dzięki prowizji ze sprzedaży kanapek, przekąsek i napojów na pokładzie.

Przewoźnik bardzo źle patrzy na zwolnienia lekarskie, dlatego wiele osób przychodzi do pracy nawet kiedy są chorzy. Jak opowiada rozmówczyni „Spiegla", kolejny zniechęcający element to zapis pozwalający przenieść pracownika do bazy w innym mieście lub kraju. Nawet bez wcześniejszego uprzedzenia o tym.

Stewardesy nie mogą korzystać też z jedzenia na pokładzie, jeśli chcą coś przekąsić w czasie lotu, muszą same sobie przynieść posiłek. Tak samo napoje.

Ryanair wymaga również odpowiedniego ubioru – opowiada stewardesa - na przykład rajstopy muszą być określonej grubości. Jej koleżance, która ze względów zdrowotnych chciała nosić zalecone przez lekarza rajstopy uciskowe, linia zabroniła ich używania - nie odpowiadały polityce przewoźnika.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL