fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Warkocz Złotej Eli

Rok 1959. Złota Ela, jaką znała cała Polska
PAP/CAF
Zmarła Elżbieta Duńska-Krzesińska, złota i srebrna medalistka igrzysk olimpijskich. Była jedną z najpopularniejszych postaci polskiego sportu lat 50. i 60. Miała 81 lat.

Miałaby i trzeci medal, gdyby nie warkocz, którego zazdrościły jej koleżanki. Podczas igrzysk w Helsinkach w roku 1952 18-letnia wówczas Polka oddała jeden z najdłuższych skoków w konkursie. Na piasku odcisnął się jednak ślad warkocza, a zgodnie z przepisami odległość liczy się od ostatniego śladu. Sędziowie stanęli przed problemem. Mierzenie odległości od belki do warkocza było po ludzku niesprawiedliwe, ale zgodne z regułami. Zastanawiali się podobno, czy nie policzyć od śladu pleców, ale wtedy zaprotestowały konkurentki.

Gdyby nie uwzględniono śladu po warkoczu, Polka zdobyłaby srebrny medal. Ostatecznie odjęto jej od wyniku ponad pół metra – taka była długość warkocza – co automatycznie przesunęło ją na 12. miejsce. Dziewczyna miała powód do płaczu, tym bardziej że ta, która zajęła drugie miejsce, Rosjanka Aleksandra Chudina, mówiła niskim głosem i miała muskulaturę kulturysty.

W Polsce rozgorzała wtedy dyskusja wagi państwowej: czy Elżbieta Duńska powinna obciąć włosy, czy wprost przeciwnie. Zwolennicy warkocza byli zdania, że jest to nasze „dobro narodowe". Przeciwnicy, że przez takie dobro Polska straciła medal i w przyszłości może stracić kolejne.

W tej sytuacji przed następnym olimpijskim startem, w Melbourne (1956), Elżbieta Duńska-Krzesińska (rok wcześniej wyszła za swojego trenera Andrzeja Krzesińskiego) poszła na kompromis. Skróciła włosy w taki sposób, że z warkocza pozostała trochę dłuższa kitka. Niewiele brakowało, a w ogóle by w Melbourne nie wystartowała w proteście przeciw niewłączeniu do ekipy olimpijskiej jej męża, czołowego tyczkarza w Polsce. Obowiązki trenera przejął więc na czas startu Tadeusz Starzyński, który opiekował się trójskoczkami. Ale on nie miał z jej szkoleniem nic wspólnego. Jakby tego było mało, podczas treningu ukradziono Polce buty, które na chwilę zostawiła przy rozbiegu.

Mimo przeszkód tym razem była bezkonkurencyjna. Skoczyła na odległość 6,35 cm i wyrównała własny rekord świata, ustanowiony latem w Budapeszcie (wcześniej pobiła przedwojenny rekord Polski należący do Stanisławy Walasiewicz). Miała 21 lat i studiowała stomatologię na Akademii Medycznej w Gdańsku. Wyprzedziła 17-letnią Willye White, która przez kilka lat będzie jedną z najbardziej znanych przeciwniczek polskich lekkoatletek w skokach i biegach. Amerykanka nie znała wówczas profesjonalnego treningu, igrzyska odbywały się późną jesienią, a ona latem zbierała jeszcze bawełnę nad Missisipi za 2 dolary dziennie.

W porównaniu z nią Krzesińska była królową. Dwa miesiące po zwycięstwie olimpijskim wygrała plebiscyt „Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca w Polsce. Poeta Tadeusz Kubiak napisał na jej cześć wiersz „Pocztówka z Melbourne":

Jest sarną – ona to ze złotym brzaskiem
bierze tak lekko strumienie, potoki,
jest smukłonogą gazelą, co skokiem
długim wystrzela nad pustynnym piaskiem.

Lotna, od ziemi odrywa już stopy,
ptak przez kamery zachłannie ścigany.
Można tak skoczyć poprzez oceany
prosto w objęcia Europy.

I jeszcze dalej – po wieniec laurowy,
po własne imię w stu językach globu...

Ale na ziemi jest znów tylko sobą,
dziewczyną, która – jak z sielanki – warkocze,
przed lustrem stojąc, zaplata u głowy.

Krzesińska stała się jedną z najważniejszych postaci lekkoatletycznej reprezentacji Polski, którą nazywano Wunderteamem. Jego twórca Jan Mulak mówił, że to Duńska-Krzesińska miała największy talent. Irena Kirszenstein-Szewińska pojawiła się dopiero kilka lat później. To była drużyna rekordzistów świata, mistrzów olimpijskich i Europy, legendarnych sportowców zapamiętanych dzięki wspaniałym biegom, skokom, rzutom na stadionach całego świata i z historycznych meczów międzypaństwowych ze Stanami Zjednoczonymi, w których górą byli raz oni, raz my. To wtedy rodziła się inna legenda – Bohdana Tomaszewskiego, i to od niego, bodaj w radiowej transmisji z Melbourne, pierwszy raz usłyszeliśmy określenie „Złota Ela", które przylgnęło do Krzesińskiej na całe życie.

Skakała w dal, wzwyż (była rekordzistką Polski z wynikiem 160 cm), biegała przez płotki, a sprinty w naturalny sposób uzupełniały te konkurencje. Na igrzyska do Rzymu (1960) jechała już jako faworytka. I wygrałaby, gdyby nie uczciwość. Jej główna konkurentka Rosjanka Wiera Krepkina znana była do tej pory bardziej jako sprinterka, współrekordzistka świata na 100 metrów. Nie potrafiła wymierzyć rozbiegu. Krzesińska jej pomogła i Rosjanka oddała skok na odległość 6,37 m. Wyprzedziła Krzesińską o 10 cm.

Do olimpijskiego złota w Melbourne doszło więc srebro z Rzymu i taki sam medal za wicemistrzostwo Europy w Belgradzie (1962).

Elżbieta Duńska-Krzesińska była po zakończeniu kariery trenerką w Polsce i Stanach Zjednoczonych, ale pracowała też jako lekarz stomatolog. Urodziła się w roku 1934 na Młocinach w Warszawie i tu przeżyła okupację. Rodzinny dom został zburzony podczas wojny i wtedy wyjechała z rodzicami do Elbląga. Dlatego przez kilkanaście lat broniła barw klubów trójmiejskich, w których zaczynała treningi. W roku 1981 wyjechała do męża do Londynu, a ponieważ wkrótce ogłoszono w Polsce stan wojenny, spędziła 20 lat w USA. Jej mąż, trenujący wcześniej kadrę polskich tyczkarzy z Władysławem Kozakiewiczem i Tadeuszem Ślusarskim włącznie, już wcześniej został zwolniony z pracy w PZLA i dlatego postanowił wyjechać za granicę. Trenował amerykańskich tyczkarzy.

Krzesińscy wrócili do Warszawy w roku 2001. Kilka lat temu, kiedy w albumie poświęconym największym gwiazdom polskiej lekkiej atletyki Elżbieta Krzesińska dawała mi swój autograf, do nazwiska dopisała: „Złota Ela".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA