fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Z zamrażarki do piekarnika

Złota sztafeta Jamajki 4x100 m. Na pierwszym planie Shelly-Ann Frazer-Pryce, najszybsza kobieta świata
AFP
To były bardzo dziwne mistrzostwa świata w lekkoatletyce. Trochę jak jajko z niespodzianką. Z wierzchu błyszczące sreberko zachęcające do rozpakowania, ale w środku nie zawsze to, czego oczekujemy.

Po dwóch tygodniach spędzonych w Katarze jedno jest pewne: miejscowi robią wszystko, żebyś wyjechał stąd zadowolony. Ich dobre chęci choć trochę rekompensowały organizacyjne niedoróbki.

– Proszę nie brać taksówki, bo potrafią nabić kilometry, przewożąc po całym mieście – już na lotnisku mruga porozumiewawczo okiem jeden z wolontariuszy. I informuje, że za chwilę podstawią auto. Coś w rodzaju katarskiego Ubera.

Przydziela mi asystenta, od tej pory to on będzie czuwał nad moimi dalszymi losami podróży. Ten dzwoni po kierowcę. Żeby czas się nie dłużył, zagaduje, jak przebiegła podróż (znakomicie, bo linie Qatar Airways to chyba wciąż najlepsza wizytówka tego kraju o wielkości województwa mazowieckiego), pyta, jak długo zostanę, skąd przyjechałem. Sprawia wrażenie, jakby nie do końca wiedział, gdzie leży ta Polska, ale gdy tłumaczę, że to ten kraj, w którym urodził się Robert Lewandowski, dalsze tłumaczenia są już zbędne.

Za chwilę poczuję się jak Neymar opłacany w Paris Saint-Germain przez katarski rząd. Mija pięć minut, podjeżdża biała limuzyna mercedesa, fotele ze skóry i – co najważniejsze – klimatyzacja. Upewniam się, czy ustalona z góry stawka – 25 dol., czyli jak się wkrótce przekonam na tutejsze standardy niedrogo – nie wzrośnie. Ruszamy.

Ufam, że jedziemy optymalną trasą, ale sprawdzić nie zaszkodzi. Odpalam mapę w telefonie. Kółek nie robimy, zmierzamy prosto do celu. Problemy pojawiają się, gdy trzeba znaleźć wejście do hotelu, bo w przeciwieństwie do innych umieszczono je nie od ulicy, tylko od podwórka. To będzie później źródłem wielu zabawnych sytuacji. Podjazd sprawiał kierowcom autokarów – w większości zarobkowym imigrantom z Indii, Nepalu czy Bangladeszu – ogromne trudności. Rekordzista krążył w ciemnościach pół godziny, nie zdając sobie sprawy, że wystarczy skręcić w ciasną uliczkę.

Z autokarami bywało różnie. Na stadion kursowały, między poszczególnymi hotelami już niekoniecznie. Ale i wtedy znajdował się darmowy transport – auto z logo organizatora, o którym nie miałeś pojęcia, bo nikt nie informował. Zawodnicy narzekali, że busy nie są podstawiane na czas, że po kończących się bardzo późno konkurencjach nie mają możliwości regeneracji, a nim zdążą zasnąć, zaczyna już świtać.

Najgorszy był jednak panujący w środku chłód. Klimatyzacja działała tak mocno, że po kilkunastominutowej podróży marzyłeś o tym, by znów wyjść na zewnątrz, na 40-stopniowy upał. Z zamrażarki wprost do piekarnika. W takich warunkach o przeziębienie nie było trudno. Nie dziwił widok ludzi w bluzkach, dresach, a nawet kurtkach.

Niektórym zimno dokuczało również w pokojach, więc Joanna Linkiewicz poprosiła o grzejnik. O słynnym już hotelu, w którym zakwaterowano większość reprezentacji, w tym Polaków, najdosadniej wypowiedział się chyba Konrad Bukowiecki. – Tragedia. Chyba najgorsze miejsce, w jakim byłem. Grzyb na ścianach, śmierdzi kanalizacją, na klatce schodowej wali papierosami, na windę czeka się czasem po 10–15 minut. Jedzenie bardzo słabe, jakieś kartonowe hamburgery – wyliczał zaniedbania. Nie tak wyobrażaliśmy sobie jedno z najbogatszych państw świata.

Trzeba było zacisnąć zęby. Albo brać rzeczywistość na wesoło. Jak Piotr Lisek, który żartował, że chciał się rozpakować, ale nie starczyło mu miejsca w szafie, bo została zamurowana. Mojej nikt nie zabetonował, wydawała się całkiem normalna, gdyby nie ten dziwny zapach. Nawet spryskiwanie perfumami nie przynosiło efektu. Na wszelki wypadek rzeczy zostały w walizce.

Pustynia na stadionie

Trudno oprzeć się wrażeniu, że najbardziej Katarczykom udał się stadion. Może poza toaletami, które nie grzeszyły czystością, i budkami z jedzeniem, których było tak mało, że powstawały kilometrowe kolejki. Zwłaszcza w ostatni piątek – jedyny dzień, kiedy krzesełka zapełniły się niemal do ostatniego miejsca. Przyszli zwykli ludzie, przyszli dorośli i dzieci, zjechali luksusowymi samochodami szejkowie. Ale gdy ulubieniec publiczności Mutaz Essa Barshim już skoczył po złoto, znów była pustka.

Według danych rozsyłanych dziennikarzom przez Międzynarodową Federację Lekkoatletyczną (IAAF) frekwencja na stadionie wyniosła w ten wieczór 42180 osób – dwukrotnie więcej niż w trzech poprzednich dniach mistrzostw. I aż cztery razy tyle co w pierwszy weekend.

Podobno sam emir zamiast ceremonii otwarcia wolał oglądać wyścigi wielbłądów. Ci, którzy na trybunach jednak się pojawili, zobaczyli, że lekkoatletyka też ma swój urok, poznali gwiazdy sprintu: Noaha Lylesa czy Karstena Warholma, przekonali się, że nawet pchanie kulą może być pasjonującym widowiskiem. Dzięki sztafecie mieszanej sprawdzili, jak duża różnica dzieli biegi żeńskie od męskich.

Naruszenie intymności

To były zresztą mistrzostwa eksperymentów. Rozgrywane na klimatyzowanym stadionie, z konkurencjami wyznaczonymi w godzinach nocnych. O ile do klimatyzacji nikt nie miał zastrzeżeń – bo chłód był przyjemny, nie tak lodowaty jak w autokarach czy hotelach – to już konieczność rywalizacji na zewnątrz, w temperaturze w okolicach 30 stopni, wywołała ogromne kontrowersje. Chodziarze i maratończycy docierali na metę, chwiejąc się na nogach z wycieńczenia.

Opór sprinterek wzbudziły z kolei kamery w blokach startowych. Z „innowacyjnych ujęć" – jak zapowiadano to nowe technologiczne rozwiązanie – po wielu protestach w końcu zrezygnowano. Panie zgodnie orzekły, że to narusza ich intymność.

Mistrzostwa w Dausze były kolejnym elementem ocieplania wizerunku Kataru poprzez sport. Nikt nie chciał ich oglądać, ale chyba mało kto się tu tym przejmuje. To był tylko jeden z etapów do celu, jakim jest organizacja piłkarskiego mundialu. Reklamy na ulicach już są. Sądząc po ubiorze niektórych kibiców (koszulki PSG, Juventusu), atmosfera podczas piłkarskiego święta może być dużo lepsza niż przy lekkoatletyce. I pewnie sam emir pofatyguje się na trybuny.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA