fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Święto znowu się udało

TOMASZ SZWAJKOWSKI / 11. TAURON FESTIWAL BIEGOWY
11. Tauron Festiwal Biegowy | Gospodarze pokazali, że można organizować masowe wydarzenia sportowe w erze koronawirusa. Udział w zawodach wzięło ponad 3 tysiące osób. Ci, którzy przyjechali do Krynicy, z pewnością nie żałowali.

Impreza w Beskidzie Sądeckim co roku jest wydarzeniem większym niż biegi, bo towarzyszą jej targi, konferencje oraz spotkania z gwiazdami sportu. Tym razem program był okrojony, ale kurort i tak żył biegami przez trzy dni, choć zawody odbyły się w pierwszy weekend października, czyli na przełomie letniego i zimowego sezonu.

Tauron Festiwal Biegowy co roku jest rzetelną obietnicą sportowej zabawy, nie inaczej było tym razem. Gospodarzom udało się nawet zamówić pogodę. Jeszcze w piątek biegaczom towarzyszył lekki deszcz i ci, którzy postawili na górskie wyzwania, mówili o najtrudniejszej trasie w dziejach imprezy, jednak już dzień później wyjrzało słońce.

Pogoda za dnia budziła uśmiech, lokalne media w niedzielę rano informowały zaś o nocy grozy. Halny w górach dął jak huragan, powalał drzewa, zrywał linie energetyczne i rozbijał auta. Wszystkie biegi z metą w Jaworzynie Krynickiej organizatorzy skrócili więc do jednego kilometra.

Biegacze obecni w Krynicy mogli wylewać pot na trasie, ale mogli też się bawić. Zawodom towarzyszył jarmark regionalny, górale zdzierali gardło na scenie, a wystawcy zgrupowali się w budynku obok linii mety. Wystarczyło ukończyć bieg, skręcić w prawo i już można było przegryźć gofra albo proteinowy baton. Na uczestników czekały też darmowe lody Koral oraz bezalkoholowy lech w kilku smakach.

Festiwal numer jedenaście odbył się w trudnych warunkach, bo z powodu rozwoju pandemii powiat nowosądecki w nocy z piątku na sobotę stał się żółtą strefą ze zwiększonym reżimem sanitarnym. Zawodnicy w biegach z większą liczbą uczestników zostali podzieleni na strefy i startowali interwałowo. W oczekiwaniu na rozpoczęcie rywalizacji każdy uczestnik musiał założyć maseczkę, którą mógł zdjąć dopiero na trasie.

W programie zawodów znalazły się konkurencje, które wszyscy znają i lubią. To była tradycyjna lista przebojów, bo biegacze znów wydeptywali ścieżki w Krynicy, Muszynie, Rytrze, Tyliczu, Piwnicznej-Zdroju oraz Jaworzynie. Odbyło się ponad 20 konkurencji o zróżnicowanym stopniu trudności: od 300 metrów do 100 kilometrów, w nocy i za dnia, dla dzieci, rodzin oraz twardzieli, którzy podjęli rywalizację w Iron Run.

– Festiwal to prawdopodobnie jedyna impreza w Polsce, która daje tak szerokie możliwości. Każdy w naszym programie może znaleźć coś dla siebie – mówi „Rzeczpospolitej" dyrektor sportowy Marek Tokarczyk. Łączna pula nagród wynosi 300 tys. złotych i zawiera Toyotę Yaris, tym razem rozlosowaną wśród uczestników najtrudniejszych biegów, którzy dodatkowo odpowiedzieli na pytania konkursowe.

Stukilometrowy Ultramaraton Wyszehradzki im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego uczestnicy pokonali w pionie blisko 4000 metrów, zgromadził 473 uczestników.

– Startowałem czwarty raz, więc mogę powiedzieć, że teraz było najtrudniej – uważa Maciej Dombrowski, który zgarnął 7 tys. złotych nagrody. Drugi był Słowak Patrik Milata, a trzeci Michał Kaszuba, który stanął na podium, choć podczas dziesięciogodzinnej walki z czasem zaliczył dwa poważne upadki i złamał palec.

Iron Run wygrał Łukasz Flisiński. Jego uczestnicy w ciągu trzech dni wystartowali dziewięć razy. Program był morderczy, bo w sobotę ostatni zawodnik 64-kilometrowego odcinka miał tylko 19 minut odpoczynku przed wieczorną próbą na 3 kilometry, a kolejnego ranka o 7 wystartował w maratonie. Wielu na pewno odetchnęło, kiedy halny skrócił finałowy podbieg pod Jaworzynę. Największym wydarzeniem weekendu była Orlen Życiowa 10-tka, do której zgłosiło się prawie 1300 osób. Wygrał znany maratończyk Henryk Szost, który na mecie przyznał, że musiał walczyć ze ścianą wiatru.

– Jeszcze godzinę przed biegiem byłem u siebie w domu i wahałem się, czy startować. Bieg odbywał się jednak 10 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania, więc szkoda było go przegapić – przyznaje w rozmowie z „Rzeczpospolitą".

Rywalizacja na milę zakończyła się zwycięstwem Adama Czerwińskiego. 32-latek kilka miesięcy temu został podwójnym mistrzem Polski w hali, a na co dzień pracuje jako pacemaker, prowadząc biegi najlepszych zawodników w Europie.

Jego wyczyn w Krynicy był o tyle niezwykły, że bieg kończył w jednym bucie, tak jak dwa lata temu podczas zawodów Diamentowej Ligi Kenijczyk Conseslus Kipruto.

Krynica co roku jest stolicą ludzi, dla których bieganie to styl życia. Podczas festiwalu można jednak także chodzić – przy okazji górskich mistrzostw Polski w nordic walkingu oraz mistrzostw kraju w HILL Nordic Walkingu.

Różne były stroje, bo wymagającej solidnego sprzętu rywalizacji ultramaratończyków towarzyszyły imprezy luźniejsze, jak „Bieg w krawacie" i „Bieg przebierańców". Ten ostatni był bogaty w zwierzęta i bohaterów z komiksów, ale konkurencji nie dała szans syrena.

Miasto, jak co roku, podczas festiwalowego weekendu nie zmrużyło oka. Kibiców było mniej, więc po krynickim deptaku mogliśmy chodzić z zachowaniem zasad dystansu społecznego, ale entuzjazmu wśród uczestników nie brakowało. – Klimat był taki sam jak w poprzednich latach – przyznawali zgodnie, uśmiechając się pod maseczkami. Ich coroczne święto znowu się udało.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA