fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Drzewucki: Cieszę się, że dobiegnę

materiały prasowe
Rozmowa z Januszem Drzewuckim, kiedyś dziennikarzem i krytykiem, dziś poetą i maratończykiem, autorem książki „Życie w biegu".

Rz: Dlaczego pan biega? Przecież to takie nudne.

Janusz Drzewucki: Zaczęło się banalnie i to niedawno, bo trzy lata temu. Wróciłem z tygodniowego pobytu w czeskiej Pradze, a tam, wiadomo: golonka, piwo, knedliki, brambory. W Warszawie się okazało, że mam 10 kilogramów nadwagi. Stwierdziłem, że muszę coś z tym zrobić, ale nawet do głowy mi nie przyszło, by biegać. Do tamtego momentu bieganie było dla mnie czymś nieprawdopodobnie wręcz nudnym. I depresyjnym. Zacząłem chodzić na siłownię. Trener próbował wpuszczać mnie na ruchomą bieżnię, pokazał jak mam wymusić na sobie, bym zaczął na niej biec. Nie byłem w stanie. Kilka tygodni tylko po tej bieżni chodziłem. Myślałem, że gdy przyśpieszę tę maszynę, to najpierw umrę, a później zwymiotuję. Koszmarna blokada.

I co się stało?

W piątym tygodniu zacząłem przyspieszać bieżnię. Ale wciąż najbardziej podobały mi się te wszystkie sprzęty na siłowni: wiosła itd. Przyszło lato, pojechaliśmy z żoną do lasu, a ja wziąłem ze sobą hantle. Ale to też trochę nudne, więc dla urozmaicenia raz poszedłem pobiegać. Utrzymałem się w biegu 12 minut. Pobiegłem nad jezioro, wróciłem i wciąż żyłem. Żona powiedziała do mnie: „To teraz pobiegnij do lasu". Co też zrobiłem.

Od razu po tym, kiedy pobiegł pan do jeziora?

Tak. Zacząłem więc biegać codziennie. Kompletnie nie wiedziałem, z jaką biegnę prędkością, jaki dystans. Ale spodobało mi się to. Jako chłopak obejrzałem film dokumentalny o igrzyskach w Tokio. Kanwą tego filmu był bieg maratoński. Pokazany był start maratonu, później przedstawiano kolejne dyscypliny, a ci maratończycy wciąż biegli. Mój stryj z ojcem rozmawiali o tym z najwyższym podziwem: „Patrz na nich. Kim oni są? Przecież to nie jest w ogóle dla ludzi". Byłem więc pod ogromnym oddziaływaniem tej mitologii maratońskiej. Kobiety są oczywiście mądrzejsze, więc gdy już zacząłem biegać regularnie, żona zadecydowała, że czas mi kupić krokomierz. Pojechaliśmy kupić jakiś najprostszy sprzęt.

I na siłownię już pan nie wrócił?

Nie. Gdy wróciliśmy do Warszawy, podczas pierwszego biegu, na skwerze przy Sejmie, przebiegł obok mnie profesjonalnie ubrany biegacz, a ja byłem w bawełnianej koszulce, i ten facet do mnie machnął... Pozdrowił mnie i tak naprawdę pasował na biegacza. Niesamowicie się tym przejąłem.

Odmachał mu pan?

Oczywiście, że tak. Teraz zawsze pierwszy pozdrawiam. Przyszedł więc czas na sprzęt. Poszedłem do sklepu i facet mi powiedział, że broń Boże nie mogę biegać w bawełnianej koszulce i spodenkach, bo się pocę, materiał nie oddycha, przykleja się do pleców, oziębia i nabawię się zapalenia płuc. Uznałem, że trzeba kupić prosty sprzęt. Wtedy się zorientowałem, jak wielki to rynek, że ten interes to cała masa ludzi i ceny są wysokie. Ale też zauważyłem, że sprzęt do biegania można kupić o połowę taniej, np. w sklepach Tchibo. I właśnie w takim sprzęcie biegam.

I tak pan wsiąkł.

Zanim jeszcze zacząłem biegać, byliśmy z żoną w Rzymie, akurat gdy odbywał się maraton. Widok finiszujących trzech Kenijczyków i dwóch Etiopczyków... ależ to był patos. Teatr w najlepszym wydaniu. Później zobaczyłem zwykłych biegaczy, ale choć wiedziałem, że to są normalni ludzie, tacy jak ja, byli dla mnie herosami. Cały czas to pamiętam. Na początku biegałem jak Masaj, nie stosując żadnego programu treningowego, a jednak zacząłem zauważać, że robię postępy. Mogę biec coraz dalej, coraz szybciej. I te słynne endorfiny, które oczywiście są przereklamowane, ale faktem jest, że na siódmym, ósmym kilometrze coś się z ludźmi dzieje. Wydaje się człowiekowi, że może biec w nieskończoność. Rodzaj euforii.

Uczucie, że może się wszystko?

Zdarzało się, że próbowałem zacząć pisać tekst wieczorem i mi nie szło. Jak mawiał wielki Tomasz Mann, zacząć pisać trzeba od początku. Nie miałem tego słynnego pierwszego zdania, jednak rano, podczas biegu, to pierwsze zdanie mi przyszło. Mam tak do dzisiaj.

A kiedy zaczęły się biegi masowe, zorganizowane?

Poszedłem na start 34. Maratonu Warszawskiego, zobaczyłem tych ludzi i poczułem, co tu dużo mówić, zazdrość. Że ja też bym tak chciał. Okazało się, że w środowisku, w którym się obracam, dziennikarsko- -literackim, dużo osób biega. Najważniejszą postacią dla mnie jest Marek Zagańczyk, redaktor „Zeszytów Literackich", eseista, autor książek o podróżach. Wiele rzeczy mi powiedział, a że jest doświadczonym maratończykiem, wiedzę o bieganiu czerpałem głównie od niego. Kancelaria sportowa Wojciecha Staszewskiego ma piękne hasło – przestań biegać, zacznij trenować. Oczywiście mają rację, ale mi się nie chce trenować, wolę biegać. Przygotowywałem się do maratonu bardzo sumiennie. Najpierw krótsze biegi masowe, by zobaczyć, co to znaczy znaleźć się w tym tłumie.

Walka z samym sobą tak wciąga?

Po przebiegnięciu pierwszego maratonu powiedziałem, że już nic w moim życiu nie będzie takie samo. Miałem różne przygody, starałem się z nich wyciągać wnioski: słynna ściana maratońska – czekałem, aż się przy niej znajdę, i nie miałem jej. Jedno jest pewne: maraton zaczyna się na 22. kilometrze. Jeżeli kogoś dopadnie kryzys przed połową maratonu i myśli, że to już jest ściana, to znaczy, że jest niewytrenowany. Ściana pojawia się na 25., 30. kilometrze. U mnie pojawiła się podczas jednego z maratonów na 40. To był już któryś mój maraton i zorientowałem się, że nie zejdę poniżej czterech godzin. Dopadła mnie taka frustracja... taka niemoc, że chciałem zejść z trasy. Dobiegłem do mety przez grzeczność dla samego siebie i z szacunku do wysiłku, który włożyłem. Jaki z tego jest wniosek? Że wszystko jest w głowie. Że jeśli człowiek jest przygotowany, to dobiegnie do mety. Ale na 37., 38. kilometrze zawsze pojawia się natrętna myśl: „Po co ja to robię?".

Nie było czasu wcześniej, żeby sobie na takie pytanie odpowiedzieć?

No właśnie! Mieszkam przy ulicy Wiejskiej, były takie maratony, że przy placu Trzech Krzyży wypadał 39. kilometr. No to po cholerę biec jeszcze te trzy kilometry, skoro mogę prosto z trasy wejść do domu? Zorientowałem się, że jest to sport i współzawodnictwo, ale jednak inne. Jestem kibicem, gdy oglądam igrzyska, chcę wiedzieć, kto był pierwszy, kto drugi, czy padł rekord świata. Jestem kibicem Legii i chodzę na wszystkie mecze u siebie, ale na wyjazdy nie jeżdżę. Gdy nie mam dostępu do telewizora, wyciągam telefon i sprawdzam wynik, strzelców bramek, miejsce w tabeli. Studiowałem w Krakowie, sprawdzam więc wyniki Wisły, mój syn mieszka w Poznaniu, więc patrzę też, jak idzie Lechowi, nawiasem mówiąc, ostatnio nie idzie... Tymczasem w przypadku maratonu kompletnie mnie nie interesuje, kto zwyciężył w biegu, w którym uczestniczyłem.

A obchodzi pana, który pan był?

Tak. Na początku była to tylko ciekawostka. Później zacząłem sprawdzać, jak wypadli znajomi, osoby ze środowiska, kto był za mną, kto przede mną. Ale w trakcie biegu się zorientowałem, że trzeba być ostrożnym z tym dążeniem do wyniku. Sam start, wejście na trasę maratonu powoduje euforię. Trzeba uważać, żeby nie dać się jej ponieść, bo później zacznie brakować sił. Nie należy się zbytnio przejmować tym, że ktoś nas wyprzedza, bo w tym czasie ja też przecież wyprzedzam kogoś innego. Trzeba słuchać siebie. Słyszę czasem, jak ludzie mówią: „o Jezu, dopiero piąty kilometr". Nie, nie, nie myśl tak. Pomyśl: „już piąty kilometr". Zostało tylko 37. Zdarzyło mi się przeliczyć. Dwa tygodnie po maratonie warszawskim pojechałem na maraton do Poznania. Dwa dni przed wyjazdem poznałem Roberta Korzeniowskiego i mówię mu, że mam taki plan, by w dwa tygodnie zrobić dwa maratony. Wzburzył się, mówi mi, że tak nie można, że to niezdrowe, że to fatalny pomysł. Popatrzyłem na niego i myślę: „Kurczę, mistrz świata i olimpijski, a tak pęka". Pojechałem do Poznania i tam po raz pierwszy spotkałem się ze ścianą. Wystartowałem w sposób obłąkany. Na półmetku biegłem na jakieś 3:45. Sam się przestraszyłem, że to chyba aż za dobrze. I wtedy momentalnie pojawiła się ściana. Po raz pierwszy i jedyny musiałem wspomagać się marszem. Przez jakieś 6–7 kilometrów mój bieg wyglądał tak, że biegłem 400 metrów, 100 szedłem. Skończyłem ten maraton, z trasy nie zszedłem, ale tamta przygoda mnie wiele nauczyła.

Bardzo dużo pan myśli podczas tego biegania.

To przemyślenia, którymi się teraz dzielę, są ex post. Natomiast w trakcie biegu staram się pilnować siebie samego. W tym Poznaniu jakiś dżentelmen zrównał się ze mną i pyta: „Na którym jesteśmy kilometrze?". Odpowiadam, że na 35. A on dalej pyta: „A na jaki czas biegniemy?". Okazało się, że facet stracił kontrolę nad sobą. Nie wiedział, ile przebiegł, w jakim czasie. W trakcie biegu nie można się zbytnio skupiać na biegu.

Poeta nie kojarzy się z człowiekiem, który biega.

Istnieje jednak coś takiego jak samotność długodystansowca. Nikt za ciebie nie pobiegnie. Biegnę sam. Sprawdzam na moim zegarku tempo, jaki czas będę miał. Oczywiście, że jest współzawodnictwo. Ale to przede wszystkim walka z samym sobą. Chciałbym poprawić swój rekord, skończyć  z bieganiem, zacząć trenować. Jednakże cieszę się tym, że biegnę, że dobiegnę. Spytałem kiedyś poetę Jacka Napiórkowskiego, który ukończył maraton w Nowym Jorku, czym jest ta słynna ściana maratończyka, jak ją poznam. A Napiórkowski, jak to poeta, powiedział: Z twojego mózgu zacznie wylewać się czarna maź, która obleje ci całe ciało.

Bieganie jakoś się łączy z poezją?

Zacząłem biegać, by zrzucić kilogramy. Ale biegając, powtarzam sobie wiersze poetów, które znam na pamięć. Osip Mandelsztam w przekładzie Barańczaka – „Leningrad". Idealny rytm do biegania.

I znów w mieście, co do krwi znajome mi jest,

Do dziecięcych obrzmiałych gruczołów, do łez.

Wróciłeś, więc spiesznymi łykami pij tran

Z leningradzkich, nad rzeką palących się lamp.

Rozpoznawaj złowrogie mgły grudnia tam, gdzie

W czarnym dziegciu jak żółtko rozbełtał się dzień...

Petersburgu, ja nie chcę umierać, nie czas –

Jeszcze przecież mój numer telefonu znasz...

Petersburgu, mam jeszcze adresy, gdzie wciąż

Zmarli na mnie czekają i słyszę ich głos.

Czyjeś kroki po schodach kuchennych się pną,

Dzwonek z mięsem wyrwany uderza mnie w skroń,

Całą noc czekam gości, aż uśpi mnie świt,

Zakutego w kajdany łańcuszków u drzwi.

Wiersze Broniewskiego też są niesamowite do biegania, ze świetnym rytmem i rymem.

Wydał pan książkę „Życie w biegu". To był pana pomysł, żeby prowadzić dziennik biegacza?

Moje pisanie to są albo wiersze, albo teksty o literaturze. Chciałem się przekroczyć, coś w swoim pisaniu zmienić. Postanowiłem więc, że będę prowadził dziennik. Że przez rok codziennie będę pisał. Nie ma dni bez linijki. Jerzy Pilch uważa, że trzeba codziennie 2 tysiące znaków wklepać w komputer. A Wiesław Myśliwski powiedział mi, że codziennie trzeba swoje odsiedzieć nad kartką. Bieganie nauczyło mnie regularności, codziennie siadałem i pisałem. Widziałem, jak tego tekstu z każdym kolejnym dniem przyrasta. Gdy zacząłem prowadzić  dziennik, wcale nie miał być o bieganiu. Dopiero koło marca bieganie się w nim pojawiło. W kwietniu zadzwonił do mnie Krzysztof Genczelewski z wydawnictwa Melanż i pyta, co piszę. Powiedziałem mu, że dziennik. Przeczytał i kazał mi pisać dalej, powiedział, że chce to wydać. Już miałem więc wydawcę. Krzysztof dzwonił do mnie co jakiś czas, sprawdzał, czy piszę. Bardzo chciał, żeby bieganie znalazło się w tytule.  Podtytuł książki jest: o ludziach, miejscach, literaturze, piłce nożnej, maratonach i całej reszcie.

—rozmawiał Piotr Żelazny

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA