fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Pani Irena - Pierwsza Dama lekkiej atletyki. Recenzja książki Macieja Petruczenki

Fotorzepa, Piotr Nowak
„Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis” – tak brzmi tytuł książki Macieja Petruczenki o najwybitniejszej polskiej sportsmence.

Petruczenko od pół wieku pracuje w redakcji „Przeglądu Sportowego", jest najwybitniejszym dziennikarzem piszącym o lekkiej atletyce, był świadkiem historycznych wydarzeń z udziałem polskich sportowców, a z Ireną Szewińską – swoją rówieśniczką – łączyły go przyjacielskie relacje. W dodatku mąż sportsmenki Janusz Szewiński, który aparatem dokumentował karierę żony, był przez lata fotoreporterem „Przeglądu Sportowego". I to właśnie jego zdjęcia, w kilku przypadkach unikatowe, znalazły się w książce, dodając jej uroku. Petruczenko wie wszystko o bohaterce, zna ją z bieżni i jej prywatnego mieszkania, obudzony w środku nocy powie, jaki wynik na 200 metrów uzyskała na zawodach w Zielonej Górze we wrześniu 1968 roku i z jaką siłą wiał wtedy wiatr. A do tego ładnie pisze, bo uczył się w dobrej starej szkole dziennikarstwa i pracował w redakcji w czasach, w których kibice zaczynali dzień od lektury „PS".

Maciek Petruczenko poświęcił książkę najlepszej lekkoatletce w historii Polski, zdobywczyni siedmiu medali olimpijskich. Ale opisując jej karierę, przedstawił też dzieje polskiej lekkiej atletyki w drugiej połowie XX wieku, z wielkimi zwycięstwami, dramatami czy niesprawiedliwością, jaką międzynarodowe władze lekkoatletyczne wyrządziły innej wspaniałej sprinterce i przyjaciółce Szewińskiej Ewie Kłobukowskiej. Irena Szewińska też doświadczyła manipulacji na własnej skórze. W stanie wojennym zapisano ją do Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, o czym dowiedziała się z gazet. PRON był stworzoną przez PZPR organizacją wspierającą komunistyczne władze.

Szewińska nie kierowała się politycznym interesem. W marcu 1968 roku strajkowała wraz z innymi studentami Uniwersytetu Warszawskiego. A była już wtedy mistrzynią olimpijską. Ryzykowała, kiedy już jako członek władz PKOl opowiedziała się przeciw bojkotowi igrzysk w Los Angeles.

Jeśli czegoś mi w tej książce brakuje, to szerszego potraktowania tych spraw. Ona jednak nie lubiła o tym mówić. Jej ojciec Jakub Kirszenstein był Polakiem narodowości żydowskiej, w roku 1939 bronił Warszawy. Cała jego rodzina zginęła w Treblince. On uratował się, uciekając do Lwowa, który stał się początkiem jego wojennych wędrówek. W roku 1945 z poznaną w Samarkandzie Eugenią Rafalską ewakuował się do Leningradu, gdzie rok później przyszła na świat ich córka Irena. W roku 1947 w ramach akcji repatriacyjnej przyjechali do Warszawy.

Kiedy w marcu 1968 roku przez Polskę przetaczała się nagonka antysemicka, Szewińska dostała rykoszetem. Podczas igrzysk w Meksyku, biegnąc w sztafecie, zgubiła pałeczkę. Zwykły pech stał się okazją do nakręcenia telewizyjnego reportażu, w którym w ohydny sposób posądzono Szewińską o celowe działanie na szkodę Polski. W brudną grę wplątano jej koleżanki.

Po zejściu z bieżni robiła karierę działacza. Jako pierwsza Polka została członkiem MKOl. Znała papieża, królów, cesarza, prezydentów i wszyscy ją znali. Była kimś wyjątkowym, chociaż nie dawała tego odczuć. Pani Irena, Irenissima... O tym jest ta książka. Czyta się ją tak miło, jak miło patrzyło się na biegi Ireny Szewińskiej. Dopóki żyła, była przeciwna wydaniu książki o sobie. Uważała, że nie warto.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA