Lekkoatletyka

Paulina Guba: Czasem padało na głowę

AFP
Mistrzyni Europy w pchnięciu kulą opowiada o treningach w śniegu, porannych autobusach, jagodach prosto z lasu i dobrych ludziach.

Rzeczpospolita: Mistrzostwa Europy w Berlinie to podobno nie był pierwszy raz, kiedy w ostatnim pchnięciu zapewniła sobie pani zwycięstwo.

Paulina Guba: Na zawodach międzynarodowych zdarzyło mi się to po raz pierwszy, ale na mistrzostwach Polski robiłam tak już kilka razy. Cieszę się, że przełamałam się na zawodach najwyższej rangi, pokazałam, że byłam doskonale przygotowana. Dużo dała mi praca z psychologiem. Jestem przykładem, że wydawanie pieniędzy na specjalistów to nie jest wyrzucanie kasy w błoto. Miałam w tej kwestii wielkie wsparcie ze strony Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, który opłacił specjalistów. Bardzo za tę pomoc PZLA dziękuję.

Podobno tuż przed startem potrafi pani nagle wstać, kiedy koleżanki rozmawiają, i odejść, żeby się wyciszyć.

Należę do tej grupy sportowców, którzy muszą znaleźć swoje miejsce na stadionie, gdzieś daleko od zgiełku. Koncentruję się na zadaniu, nie patrzę na wyniki innych. Od tego może powstać mętlik w głowie.

Muzyka pomaga pani w koncentracji?

Często tak, ale akurat na mistrzostwach Europy zdarzył się taki dzień, że muzyka mnie rozpraszała. Odłożyłam słuchawki do plecaka, schowałam telefon i słuchałam dźwięków otoczenia. Potem wszystko potoczyło się samo.

Jest pani przykładem, że lekkoatletyka to sport dla każdego?

Nie mam budowy ciała jak Sofia Ennaoui czy Anna Jagaciak. Zawsze byłam większa od rówieśników, wybierano mnie do drużyny na WF jako ostatnią. Dzięki temu, że zaczęłam trenować pchnięcie kulą, zrozumiałam, że to nie jest żaden problem, nie jestem gorsza i przestałam się przejmować.

WF należał do pani ulubionych przedmiotów?

Zawsze byłam aktywnym dzieckiem, chodziłam na zajęcia dodatkowe, grałam w koszykówkę, byłam aktywna. Z koszykówką dałam sobie spokój, bo ciężko mi było zrzucić wagę, a w lekkiej atletyce nie jest to wielkim problemem.

Pochodzi pani z miejscowości Sobienie-Jeziory pod Warszawą, najbliższy klub wcale nie był tak blisko. Trzeba było dojeżdżać 25 kilometrów do Otwocka. Zaczynała pani w bardzo młodym wieku i pewnie niejeden raz musiała się pani przełamywać?

Ja to po prostu polubiłam. Wstawałam rano, szłam do szkoły, a po lekcjach z plecakiem pełnym książek i torbą pełną ubrań treningowych wsiadałam do autobusu i jechałam na trening. Wracałam wieczorem i miałam jeszcze siłę, żeby się pouczyć. Całe szczęście, że wspierali mnie rodzice, którzy siedzieli ze mną i odrabiali lekcje. To dzięki nim zostałam w sporcie. Trafiłam też na świetnych trenerów. Pani Basia Sierpińska miała wspaniałe podejście do dzieci.

Ile tych autobusów dziennie było? Trzeba było biec na ostatni? Tomasz Majewski mówił, że trasę w Ciechanowie ze stadionu na przystanek miał wyliczoną co do minuty.

Miałam tak samo. Wychodziłam z treningu pięć minut przed autobusem i wiedziałam, że jeśli się nie przebiegnę, to następny autobus będzie za półtorej godziny, a nie chciałam dopuścić, by rodzice w domu się denerwowali. Marginesu na pomyłkę nie było, ale też takie doświadczenie nauczyło mnie, że czas należy szanować. Jeśli się umawiasz z kimś na konkretną godzinę, bądź pięć minut wcześniej. Nieraz spóźniłam się na autobus, a rodzice nie mieli samochodu. W takiej sytuacji albo czekałam na następny kurs, albo spędzałam noc u babci.

Uczęszczała pani do liceum w Otwocku. O której trzeba było wychodzić na autobus?

Na autobus wychodziłam o 6.50, bo pierwszy miałam o 7.05, a następny dziesięć minut później. Wstawać trzeba było o 6. Nie można było płakać, że jestem niewyspana albo że będę źle wyglądać w szkole. Często wracałam o godzinie 19, ostatnim autobusem. Szybko jadłam kolację, potem siadałam i odrabiałam lekcje.

Jakie mieliście warunki do treningu? Dzisiaj obiekty klubu OKS Otwock raczej zniechęcają do ćwiczenia na nich.

Kiedy zaczynałam trenować, warunki były takie same jak dzisiaj. To był i w dalszym ciągu jest, mówiąc delikatnie, skansen. To jednak kolejny dowód na to, że jeśli czegoś bardzo chcesz, to nie musisz mieć sterylnej szatni i najnowocześniejszego boiska. Trenując w takich warunkach, zdołałam zająć czwarte miejsce na mistrzostwach świata juniorów. Skoro można rzucić młotem rekord świata, trenując pod mostem jak Anita Włodarczyk, to czemu nie można zostać mistrzem Europy, pchając na co dzień kulę w dziurawym kole? To też kwestia tego, jak nauczyciel i trener podchodzą do warunków. Jeśli szkoleniowiec narzeka i załamuje ręce, zawodnik sam zaczyna zwracać uwagę na okoliczności. Moja trenerka mówiła: „Zaciskamy zęby, trenujemy. Jak pojedziesz na zawody, to kiedyś to zaprocentuje". Za takie podejście jej bardzo dziękuję, bo ona ukształtowała mój charakter. Jest świetnym pedagogiem.

Na głowę padało?

Bywało tak, że pchaliśmy w śniegu, sami odgarnialiśmy koło. Trenerka wycierała nam kule, szybko je podawała, a my wykonywaliśmy kolejne pchnięcie. Przez to trening nie był tak profesjonalny, jak mógłby być, ale jak widać, przyniósł efekty. Jesteś ubrany od stóp do głów, grubo, bo przecież jest zimno. Tomek Majewski pchał w takich samych warunkach i usłyszałam, że rozgrzewał kule w wiadrze z gorącą wodą. Skoro on mógł w takich warunkach zostać mistrzem olimpijskim, to ja nie mogę tak trenować?

Była ochota, żeby się kiedyś zawieruszyć i przestać chodzić na treningi? To dla młodego człowieka może być uciążliwe: dojazdy, reżim, ból mięśni, a niejednokrotnie można trafić na opowieści, że pojawia się zniechęcenie.

Czasami było ciężko. Nie byłam orłem z matematyki i mówiłam rodzicom, że rzucę sport i poświęcę się nauce, żeby zdać maturę. Strasznie się tego egzaminu obawiałam, a wiedziałam, że sport zabiera mi mnóstwo czasu. Treningi, dojazdy, do tego jeszcze korepetycje. Bywało ciężko, jak wtedy gdy leżałem po pierwszej operacji, a rodzice przychodzili, wspierali mnie i mówili: „Dasz radę". Później przyszła kolejna operacja. Miałam wielkie wsparcie ze strony rodziców. Dobrze, że przy takich okazjach jak prezentacja raportu „#ZACZNIJODLEKKIEJ" mówi się o roli rodziców w kształtowaniu karier młodych sportowców.

Dyrektor liceum chyba pomagał pani w przygotowaniach do matury z matematyki? To prawda?

Zgadza się, do niego chodziłam na korepetycje. Wiele godzin spędziliśmy nad książkami w jego gabinecie i do końca życia będę mu za to wdzięczna. Poświęcił mi ogromnie dużo swojego czasu, a nie wziął za to ode mnie nic. Wierzył, że kiedyś coś osiągnę, chociaż sama w tamtym momencie nie byłam pewna, na co mnie stać. Trafiłam na fantastycznych ludzi w swoim życiu i trafiam na nich dalej. Mam nadzieję, że tak będzie do końca mojej kariery.

Wspomnienia z igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro ma pani niezbyt miłe, bo zabrakło bardzo mało do awansu do finału. Do kolejnych igrzysk w Tokio zostały jeszcze dwa lata, ale już teraz wyznaczają one pani horyzont?

Igrzyska w Tokio są moją docelową imprezą. Chciałam w tym sezonie mocno przetrzeć szlak do granicy 19 metrów. Kiedy rozmawialiśmy o tym w październiku zeszłego roku z moim trenerem, to oboje mieliśmy świadomość, że może być ciężko, bo wiedzieliśmy, w jakiej byłam dyspozycji fizycznej i psychicznej. Podjęliśmy współpracę z trenerem przygotowania motorycznego, dużo zaryzykowaliśmy, ale opłaciło się, bo efekty przyszły. Zrezygnowałam z wielu obozów zagranicznych, przez większość czasu przygotowywałam się w Sopocie i nie żałuję.

rozmawiał Łukasz Majchrzyk

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL