fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Kolekcjonuję wieżowce

Archiwum D. Wiśniewskiej
Dominika Wiśniewska-Ulfik o urokach biegania po górach, schodach i skoczniach oraz o treningach na śląskich hałdach.

Rzeczpospolita: Z wykształcenia jest pani lekarzem. Co panią doktor ciągnie w góry?

Dominika Wiśniewska-Ulfik: Przede wszystkim pasja. Zaczęłam biegać w wieku 12–13 lat, najpierw po terenach płaskich. Kilka lat później przez przypadek wystartowałam w mistrzostwach Polski niedaleko Szklarskiej Poręby. Jako juniorka zdobyłam tytuł, zakwalifikowałam się na mistrzostwa świata i to chyba właśnie wtedy pokochałam biegi górskie. Byłam niepełnoletnia, więc zaopiekowała się mną Iza Zatorska. Mieszkałyśmy w jednym pokoju, wspaniała osoba. Kiedy dostałam się na studia na Śląskim Uniwersytecie Medycznym, musiałam zrobić sobie trzyletnią przerwę, bo poza nauką nie starczało mi na nic czasu. Dopiero na czwartym roku wróciłam do biegania po górach, by poprawić kondycję i samopoczucie. I tak już zostało. Na treningu poznałam męża, który pomaga mi osiągać sukcesy.

Pochodzi pani z okolic Janowa Lubelskiego. Tam gór nie ma...

Jest Roztocze, są pagórki. Jako juniorka raz w tygodniu robiłam minipodbiegi i wtedy to wystarczało. Teraz mieszkam w Zabrzu, tam też gór nie ma, ale są hałdy. Jak się bardzo chce, to wszędzie można znaleźć miejsce do treningów. W tej chwili mnóstwo ludzi jeździ tam na quadach i na terenowych motorach. Kiedy pada deszcz, przenoszę się na schody. Od roku interesuję się bardziej właśnie tą formą biegania. W marcu udało mi się zdobyć brązowy medal mistrzostw świata (rywalizacja odbywała się w 51-piętrowym budynku The Torch w Dausze – przyp. red.), jestem wiceliderką Pucharu Świata. Bardzo mi się to spodobało.

Dlaczego? Na klatkach schodowych przyrody raczej nie uświadczysz.

Kontakt z naturą jest rzeczywiście dużo przyjemniejszy, ale bieganie po schodach to także pokonywanie własnych słabości. Maksimum wysiłku. Poza tym startuję za granicą w różnych pięknych wieżowcach, w tym roku np. w Tajpej na Tajwanie. Wbiegaliśmy na 91. piętro, zajęłam drugie miejsce, czas około 14 minut. Dla porównania na 38. piętro budynku Rondo I w Warszawie dotarłam w mniej więcej pięć minut. Trudno to opisać, trzeba spróbować, żeby to poczuć.

Kolekcjonuje pani wieżowce?

Można tak powiedzieć. W najbliższej przyszłości wybieram się do Kantonu, tam będzie jeszcze więcej pięter do zdobycia.

A na którym piętrze pani mieszka?

Teraz tylko na drugim, ale do niedawna mieszkałam na szóstym – w bloku dziesięciopiętrowym. Swoją klatkę schodową wykorzystywałam więc do treningów, zresztą robię to do tej pory. Mam tam już nawet swoich kibiców. Taki trening składa się z ośmiu powtórzeń, mój rekord to 48 sekund, ale podczas zawodów pewnie dałoby się szybciej.

Czy bieganie na klatkach lewoskrętnych różni się od biegania w prawoskrętnych?

Bardzo. Trenuję na klatce prawoskrętnej. Niestety, nie mam czasu, żeby znaleźć także lewoskrętną. Zdarza się jednak, że na zawodach poręcze są z obu stron. To bardzo pomocne.

A o czym pani myśli, pokonując kolejne stopnie?

Liczę piętra, ale są różne szkoły. Na przykład mój kolega Piotrek Łobodziński (mistrz świata – przyp. red.) stara się jak najdłużej nie zwracać na to uwagi. Ja odliczam od samego początku. W tym roku wbiegłam również na skocznię narciarską w Harrachovie, ale nie na mamucią, i w Zakopanem.

Koledzy doktorzy też biegają?

Raczej rekreacyjnie, ale bardzo interesują się moimi wynikami, sprawdzają, kibicują.

Wiemy, ile pracuje lekarz w naszym kraju. Jak pani udaje się pogodzić obowiązki zawodowe z pasją?

Nie będę ukrywać, że jest ciężko. Najgorsze są nieprzespane noce. Pracuję od godziny 8 do 15, do tego dyżury i poradnia. Jestem w trakcie specjalizacji z neonatologii, robię również doktorat. Czasem mam tylko trzy godziny na trening, obiad, kąpiel i przemieszczenie się z jednej pracy do drugiej. Nie da się oszukać organizmu, regeneracja jest bardzo ważna. Nakręcają mnie jednak wyniki. Poza tym bieganie to dobry sposób na walkę ze stresem, szczególnie w moim zawodzie. W najbliższy weekend startuję w górskich mistrzostwach świata, w następny – w mistrzostwach Polski, dlatego do Krynicy przyjechałam raczej potrenować. Potem mam w planach kilka biegów po schodach, między innymi we wspomnianych Chinach. Natomiast w grudniu zamierzam polecieć do Kolumbii, chcę zobaczyć, jak mój organizm zachowa się na bardzo dużych wysokościach.

Ultramaratony pani nie kuszą?

Nie jestem do nich przekonana. Na pewno wcześniej czy później będę musiała spróbować dłuższych dystansów, ale moim zdaniem setka to bardziej przygoda. Może kiedyś sprawdzę z ciekawości.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA