fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Polacy bez gwiazd z plakatu

Marcin Lewandowski
Marcin Lewandowski
AFP
Lekkoatleci wracają na Stadion Śląski, żeby w sobotę i niedzielę walczyć o drużynowe mistrzostwo Europy. Startuje osiem zespołów, tytułu bronią Polacy.

Nasza reprezentacja dwa lata temu była najlepsza w Bydgoszczy, przerywając trwającą od lat dominację rosyjsko-niemiecką. Teraz może być podobnie, bo choć do Polski przyjedzie wiele gwiazd europejskiej lekkiej atletyki, to nikt nie wystąpi na galowo.

– Mamy swoje straty, ale wiele innych federacji w roku olimpijskim wystawiło na te zawody drugie składy. Możemy obronić tytuł. Kalendarz jest ubogi, więc dla wielu zawodników to bardzo ważny start. Taka impreza jest też okazją do walki o stypendia – nie kryje w rozmowie z „Rz" wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki (PZLA) Tomasz Majewski.

Liderami naszej kadry będą medaliści wielkich imprez: Marcin Lewandowski (1500 m), Piotr Lisek (skok o tyczce), Paweł Fajdek (rzut młotem) czy Michał Haratyk (pchnięcie kulą). Mateusz Borkowski (800 m) w walce o miejsce w kadrze pokonał Adama Kszczota, a Malwina Kopron (rzut młotem) – Anitę Włodarczyk.

Spośród czternastu polskich lekkoatletów, którzy są na oficjalnym plakacie imprezy, wystartuje tylko co drugi.

Lista nieobecnych jest długa – to Ewa Swoboda (100 m), Maria Andrejczyk (rzut oszczepem), Joanna Jóźwik (800 m) czy Justyna Święty-Ersetic (400 m) – ale skład naszej reprezentacji na tle rywali i tak wygląda godnie.

Włosi, którzy jeszcze nigdy nie stali na podium drużynowych mistrzostw Europy, jako jedyni uzbroili się po zęby, więc kibice zobaczą sprintera Lamonta Marcela Jacobsa i skoczka wzwyż Gianmarco Tamberiego. Niemcy przyślą z kolei do Chorzowa oszczepnika Johannesa Vettera, który poluje na 25-letni rekord świata Czecha Jana Żeleznego.

Stadion Śląski odwiedzi siedmiu halowych mistrzów Europy z Torunia. Ozdobą imprezy może być konkurs młociarzy. Paweł Fajdek kilka dni temu oddał swój najlepszy rzut od czterech lat (81.62 m), a Hiszpan Javier Cienfuegos i Francuz Quentin Bigot to zawodnicy światowej czołówki.

Organizowane od 2009 roku drużynowe mistrzostwa Europy to prawdopodobnie najmniej prestiżowa z lekkoatletycznych wielkich imprez. Dla kibica jest ona jednak atrakcyjna, bo wskrzesza dawną rywalizację z meczów międzypaństwowych.

– Walka drużyn to magia, a rywalizacja „my kontra wy" jest solą sportu – nie kryje były płotkarz Marek Plawgo.

Blisko 350 zawodników wystartuje na Stadionie Śląskim w 40 konkurencjach, w każdej jest do zdobycia od 8 punktów (za zwycięstwo) do 1 punktu (za ostatnie miejsce). Suma składa się na dorobek drużyny. Dwa lata temu, kiedy w rywalizacji brało udział dwanaście, a nie osiem ekip, Polacy wyprzedzili Niemców, Francuzów oraz Włochów, a pięć najsłabszych drużyn spadło do pierwszej ligi.

Teraz degradacja czeka jedną reprezentację. Pierwotnie spadać miały dwie, ale z rywalizacji wycofali się Ukraińcy, bo na koronawirusa zachorowali trójskoczek Igor Honchar i Stanisław Kowalenko ze sztafety 4x400 metrów. Obaj przebywali na kadrowym obozie treningowym w Łucku. Wszyscy tamtejsi zawodnicy, ze względów bezpieczeństwa, trafili na kwarantannę.

Polacy dostali tegoroczną imprezę w spadku po Białorusinach. Europejska federacja oficjalnie zmieniła gospodarza „z powodów technicznych", ale wiadomo, że przeszkodą była przede wszystkim sytuacja polityczna na Białorusi.

To kolejne duże wydarzenie na Stadionie Śląskim, gdzie kilka tygodni temu odbyły się zawody World Relays (nieoficjalne mistrzostwa świata sztafet).

Imprezę z trybun zobaczą kibice. Wstęp jest darmowy, ale liczba miejsc ograniczona (7600), więc kto pierwszy, ten lepszy.

Transmisje w sobotę i w niedzielę w TVP Sport

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA