fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Kenijska ferma biegaczy

Rita Jeptoo wygrała maraton w Chicago i trzykrotnie maraton w Bostonie, zanim złapano ją na dopingu
AFP
Kenia wciąż igra z ogniem. Jest coraz bardziej prawdopodobne, że jej lekkoatleci nie wystąpią w Rio.

Na podium niedzielnego maratonu w Paryżu stanęło trzech Kenijczyków, także wśród kobiet najlepsza była biegaczka z tego kraju. Podobnie było w warszawskim półmaratonie – z Kenii pochodziło czworo najlepszych. Jednak podium maratonu podczas igrzysk w Rio de Janeiro może wyglądać zupełnie inaczej, jeśli afrykański kraj dostanie czerwoną kartkę za doping.

– Wykluczenie Kenii byłoby całkowicie uzasadnione – mówi „Rz" Henryk Szost, mistrz Polski w maratonie. – W ostatnich latach zawieszono około 40 kenijskich biegaczy – nie wiem, czy jest inne państwo w podobnej sytuacji. Oczywiście, oni mają predyspozycje do biegania, żyją na dużych wysokościach, więc mają świetne parametry krwi – podczas zawodów na poziomie morza ich organizmy pracują o wiele łatwiej. Ale jeżeli kraj staje się nagle producentem rekordzistów świata, to mamy do czynienia z fermą biegaczy.

Wczoraj upłynął drugi już termin ultimatum postawionego przez Światową Agencję Antydopingową (WADA) kenijskim ustawodawcom. Mimo wcześniejszych zapowiedzi wygląda na to, że nowe prawo antydopingowe nie zostanie uchwalone na czas.

Pod koniec marca kenijski parlament zapoznał się z projektem ustawy nakładającej m.in. kary finansowe lub więzienia na złapanych na dopingu i powołującej do życia Kenijską Agencję Antydopingową. Ogłoszono jednak przerwę w obradach i posłowie wrócą do pracy 6 kwietnia.

Prezes Kenijskiego Komitetu Olimpijskiego Kipchoge Keino (dwukrotny mistrz olimpijski na średnich dystansach z Meksyku 1968 i Monachium 1972) wyraził rozczarowanie postawą władz i nadzieję, że WADA ponownie wydłuży termin wdrożenia nowych przepisów. Byłoby to kolejne odroczenie, gdyż pierwszy termin upłynął 14 lutego.

– Straciliśmy trzy lata na zrobienie porządków w naszym domu – przyznał Keino, który od kilku lat postuluje zaostrzenie przepisów antydopingowych.

W lutym Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) zawiesiło na 180 dni prezesa kenijskiego związku lekkiej atletyki Isaaca Mwangiego po tym, gdy lekkoatletki Joy Sakari i Francisca Koki Manunga wyznały, że zaproponował im złagodzenie czteroletniego zawieszenia za doping, jeśli zapłacą mu po 2,5 mln szylingów (ok. 90 tys. złotych). To czwarty działacz z Kenii zawieszony od listopada przez IAAF w wyniku podobnych podejrzeń.

Na początku marca władze lekkoatletyki umieściły Kenię na liście pięciu krajów, w których panuje „krytyczna sytuacja" w kwestii polityki antydopingowej (pozostałe to Etiopia, Ukraina, Białoruś i Maroko).

Wśród czterdziestki zawieszonych od 2011 roku Kenijczyków są gwiazdy lekkoatletyki – m.in. Rita Jeptoo (wielokrotna zwyciężczyni maratonów w Bostonie i Chicago) i jeden z czołowych półmaratończyków Matthew Kisorio (rekord życiowy 58:46).

– To jest fabryka – opisuje kenijski system Henryk Szost. – Oni rzeczywiście trafiają tam z biedy, są zdeterminowani, ale potem mają już doskonałe warunki. Wszystkie te opowieści o życiu w szałasach to mydlenie oczu, że niby raz na jakiś czas założy trampki, pobiega, a potem przyjeżdża do Europy i bije rekord świata. Warunki, jakie menedżerowie zapewniają kenijskim zawodnikom, są – proszę mi uwierzyć – dużo lepsze niż te, w jakich trenują Europejczycy. Oni mają tam zapewnione wszystko w zamian za procent od nagród, który oddają menedżerom. Nie muszą się martwić o sponsorów czy wyjazdy na obozy wysokogórskie.

Brak własnej agencji antydopingowej powoduje, że próbki pobierane od sportowców w Kenii badane są za granicą – w Europie i RPA. Koszt operacji przekłada się na niewielką liczbę kontroli prowadzonych w kraju.

„Testy antydopingowe w kenijskim stylu: zawiadamiają nas dzień wcześniej, o piątej rano jedziemy na miejsce oddalone o godzinę drogi, tam wielu medalistów olimpijskich. Badanie akredytowane przez IAAF, ale dość dalekie od tego, do czego przywykłem w Kanadzie" – pisał na początku roku Reid Coolsaet, kanadyjski maratończyk trenujący wówczas w Kenii.

– Zawodnicy spoza Afryki, którzy jeździli tam na obozy, podpytywali miejscowych, którzy nie zawsze byli szczególnie bystrzy i dawali się podejść. Otwarcie przyznawali, że kupno niedozwolonych środków nie jest problemem – mówi Szost. – Nie sugeruję, że wszyscy ci rekordziści są nakoksowani, ale uważam, że to nienormalne, jeśli co roku pada rekord świata w maratonie. Dawniej utrzymywał się przynajmniej trzy–cztery lata. Organizatorzy maratonów, którzy wymagają od menedżerów, by ich zawodnicy ciągle bili rekordy, też się do tego przyczyniają.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA