fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Sztafeta 4x400 metrów. Razem są silniejsze

Kornelia Lesiewicz, Natalia Kaczmarek, Małgorzata Hołub-Kowalik, Aleksandra Gaworska
Medalistki mistrzostw Europy. Od lewej: Kornelia Lesiewicz, Natalia Kaczmarek, Małgorzata Hołub-Kowalik, Aleksandra Gaworska
Paweł Skraba
Polska sztafeta 4x400 metrów od czterech lat zdobywa medale na wszystkich wielkich imprezach, ale po przełożeniu igrzysk wyrósł jej bardzo groźny rywal.

Drużyna prowadzona przez Aleksandra Matusińskiego nie zna życia poza podium. Ostatni raz polskie biegaczki wróciły bez medalu z igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro, kolejne lata były pasmem sukcesów. Sztafeta zdobyła siedem krążków, a perłą w koronie osiągnięć okazało się wicemistrzostwo świata z Dauhy naznaczone rekordem Polski.

Tamten wynik i brązowy medal mistrzostw Europy w Toruniu dzieli półtora roku, a łączy tylko jedna zawodniczka – Małgorzata Hołub-Kowalik. Srebro z Kataru przywiozły weteranki: Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka oraz biegająca w eliminacjach Anna Kiełbasińska. Teraz zastąpiły je Natalia Kaczmarek, Kornelia Lesiewicz i Aleksandra Gaworska.

Menedżer Matusiński

Gwiazdy nie oddały pałeczki, ze startu wykruszyły się przez problemy zdrowotne. Średnia wieku sztafety spadła poniżej 24 lat, a i tak występ w Toruniu przyniósł miejsce na podium. To dowód na głębię składu. Siedem medali w cztery lata wypracowało dziesięć zawodniczek.

17-letnia Lesiewicz, czyli najmłodsza twarz zespołu, podobno podczas indywidualnego startu Święty-Ersetic dopytywała, kiedy powinna zacząć krzyczeć i dopingować. – Spokojnie, my ją już wszystkiego nauczymy – zapewniają koleżanki.

Startem w Toruniu kibicom przypomniała się Gaworska. Brązowa medalistka MŚ z Londynu (2017) miała poważne problemy ze zdrowiem, a kiedy na początku roku wygasł jej kontrakt z Orlenem, myślała nawet o zakończeniu kariery.

– Występ w finale był dla mnie szokiem – nie kryje Gaworska w rozmowie z „Rz". – Poczułam paraliż, ale nie było czasu na rozpacz. Rezerwowa musi być gotowa, a sztafeta ma taką cudowną moc, że zawsze zdobywa medale, więc uwierzyłam w siebie.

Lepsze od Polek były jedynie Holenderki i Brytyjki. – Ten brąz ma wartość złota – przekonuje Hołub-Kowalik. – Byłam w tym składzie „starowinką" i musiałam młodsze koleżanki uspokoić. Wiedziałam, że stać nas na medal. Nie opuściłam żadnej sztafety od 2013 roku, to mój wielki sukces. Jestem stara, ale jara. Teraz przed nami igrzyska, na które szykujemy kilka petard.

Szeroka ławka i wspólne dążenie do celu to od lat atuty sztafety. Kiedy Polki rywalizują indywidualnie podczas mistrzostw kraju, atmosferę można kroić nożem. Wszystkie znają jednak wartość kolektywu i wiedzą, że indywidualnie nigdy nie osiągną takich sukcesów, jak w drużynie.

Matusiński na co dzień trenuje tylko Święty-Ersetic. Pozostałymi zarządza jak selekcjoner, który wybiera i ustawia na boisku zawodników przygotowanych przez trenerów w klubach. Jego decyzje czasem wyglądają na instynktowne, ale zawsze są efektem chłodnej kalkulacji.

Kiedy podczas mistrzostw świata w Katarze odpowiadał z Markiem Rożejem za sztafetę mieszaną, kazał Święty-Ersetic ścigać się z mężczyznami, bo panowie policzyli, że tylko zagrywka va banque i złamanie klasycznego ustawienia z paniami na drugiej i trzeciej zmianie da szansę na medal. Było blisko, do srebra zabrakło niespełna pół sekundy.

– To trener, który nieustannie chce się rozwijać, ciągle się uczy – mówi „Rz" Kiełbasińska. – Jest świetnym menedżerem. Zna nas i umie zarządzać jak pracownikami. Nie ma dla niego stałych nazwisk, jego decyzje są sprawiedliwe, a wyniki pokazują, że przy zestawieniu sztafety nigdy się nie pomylił.

Matusiński, podając skład, zawsze uzasadnia wybór. – Czasem zawodniczki są niezadowolone, ale nigdy żadna nie protestowała. Zdarzają się za to rozmowy. Raz nawet dziewczyny przekonały mnie do swojego pomysłu, ale to przede wszystkim ja mam w głowie plan, a one mi ufają – wyjaśnia w rozmowie z „Rz".

Dzwonią nawet w nocy

Egzamin dojrzałości Polki zdały wielokrotnie, ale wszystkie drogi i tak prowadzą do igrzysk. Przełożenie imprezy w Tokio sprawiło, że w walce o podium pojawiły się nowe przeciwniczki.

Grono tradycyjnych faworytek – to Amerykanki, Jamajki i Brytyjki – uzupełniły Holenderki. Odmienił je Laurent Meuwly. To 44-letni wnuk rzeźbiarza i malarza, który zrobił trenerską licencję jeszcze przed ukończeniem 20. roku życia, a ostatnio z sukcesami budował szwajcarską szkołę biegów. Teraz jest mózgiem holenderskiego projektu „Close the Gap" i pracuje z tamtejszą kadrą sprinterską.

– Dba o nasze przygotowanie sportowe oraz mentalne. Jest tak oddany, że gdybym zadzwoniła do niego z jakimś problemem o trzeciej nad ranem, to na pewno odbierze – chwali nowego trenera w rozmowie z „Rz" Femke Bol, która tej zimy pięć razy biła rekord kraju i została w Toruniu podwójną mistrzynią Europy.

Jej słowa potwierdza Lieke Klaver. – Odmienił nasz trening, ale byłabym głupia, zapominając o naszym drugim szkoleniowcu Bramie Petersie – podkreśla biegaczka.

Holenderki w sztafecie pobiły rekord mistrzostw Europy, złoto zdobyli też ich koledzy. Pomarańczowi wygrali w Toruniu klasyfikację medalową – to dowód, że w roku olimpijskim na kontynencie pojawiła się nowa siła, która może zagrozić także Polkom.

Matusiński zachowuje jednak spokój. – Widać, że Holenderki zyskały na przełożeniu igrzysk, ale Święty-Ersetic na pewno też, skoro tej zimy pobiła rekord kraju – wyjaśnia. Jego sztafeta testy na drodze do igrzysk będzie miała jeszcze dwa: zawody IAAF World Relays oraz drużynowe mistrzostwa Europy. Trener zabierze do Tokio sześć zawodniczek, więc rywalizacja trwa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA