fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Ingebrigtsen kontra Lewandowski. Dynastia biegaczy

Marcin Lewandowski i Jakob Ingebrigtsen
Marcin Lewandowski i Jakob Ingebrigtsen walkę o złoto na 1500 m stoczyli nie tylko na bieżni
AFP
Jakob Ingebrigtsen został podwójnym mistrzem Europy i wyrasta na jedną z największych gwiazd biegów. W Toruniu pokonał Marcina Lewandowskiego.

Rywalizacja Polaka z Norwegiem to dziś jedna z najbardziej fascynujących sag w lekkoatletycznym świecie.

Ich ścieżki zaczęły się przecinać trzy lata temu, kiedy Norweg wyrósł z rywalizacji juniorskiej, a Polak po sukcesach w biegu na 800 metrów dojrzał do wydłużenia dystansu. Poprzednie ważne pojedynki – halowe mistrzostwa Europy w Glasgow (2019) oraz mistrzostwa świata w Dausze (2019) – wygrał Lewandowski, ale jego rywal tak się rozpędził, że przyleciał do Torunia jako najlepszy Europejczyk w dziejach konkurencji.

Lewandowski zapewniał w rozmowie z „Rz", że czuje się jak młody Bóg, a Ingebrigtsen żartował z jego wieku. Finał biegu na 1500 metrów pokazał, że młody wilk dogonił już starego lisa i na trasie nie dał mu szans. Walka o złoto trwała jednak wiele godzin.

Nocna zmiana

Ingebrigtsen na drugim łuku starł się z Michałem Rozmysem, przekroczył granicę toru i podczas wywiadu z BBC dowiedział się o dyskwalifikacji. – Jaki mam medal? Nawet nie wiem – oznajmił drugi na mecie Lewandowski i dodał: – Fajnie, jeśli zostanę mistrzem, ale Ingebrigtsen był tego dnia najlepszy.

– Prawo jest po mojej stronie, bo zostałem wypchnięty do środka – oznajmił Norweg w rozmowie z „Rz", zapowiedział protest oraz zagroził powrotem do domu. Komisja Odwoławcza po północy oddała mu złoto, ale Polacy o trzeciej nad ranem przygotowali odwołanie, które odrzucono.

Lewandowski oznajmił, że to decyzja polityczna, w nerwach zapowiedział nawet rezygnację z miejsca w Komisji Zawodniczej europejskiej federacji. Nocą nie mógł zasnąć, ze stresu rozbolały go plecy, więc zrezygnował z sobotniego biegu eliminacyjnego na 3000 metrów. Norweg wstał, poradził sobie w kwalifikacjach, a kolejnego dnia zdobył na tym dystansie swój drugi złoty medal mistrzostw Europy.

20-latek płynie z prądem norweskiej nowej fali, jego sukcesy zbiegły się z popisami płotkarza Karstena Warholma. Kiedy pytaliśmy tego drugiego, dlaczego ich talenty wybuchły jednocześnie, wypalił, że to czysty przypadek i nikt w jego kraju nie odkrył Świętego Graala treningu biegaczy.

Jakob to przede wszystkim produkt szkoły swojego ojca Gjerta, czyli trenera-samouka, który fachu uczył się na synach metodą prób i błędów. Najpierw byli Henrik i Filip, czyli – odpowiednio – mistrzowie Europy 2012 oraz 2016 roku. Dwa i pół roku temu w Berlinie najlepszy był już Jakob.

Ingebrigtsenowie to norweska rodzina Kardashianów. Ich codzienność jest dobrem wspólnym, tamtejsza telewizja śledzi ich od kilku lat i produkuje serial dokumentalny. Kiedy na początku pierwszego odcinka kamera krąży wokół braci, którzy prężą torsy i wyglądają jak popowy zespół z lat 80., zza kadru słyszymy, że to opowieść o biegaczach, którzy odrzucają norweski egalitaryzm i mówią: „Chcemy być najlepsi".

Gjert i Tone mają sześciu synów (Kristoffer oraz Martin nie zrobili karier w sporcie), a rodzynkiem jest 14-letnia Ingrid, która już uprawia biegi przełajowe. Kamera NRK kilka lat temu była nawet z Ingebrigtsenami na USG przed narodzinami najmłodszego Williama. Jakob spojrzał tylko na zdjęcie płodu i oznajmił: „Oto nowy konkurent".

Jak wychować mistrza

Trudno się dziwić, skoro w ich domu wszystko jest rywalizacją. Nawet podczas lepienia ciastek Gjert włącza stoper i ocenia styl. – Ścigamy się też o to, kto będzie pierwszy przy stole – dodaje Filip. Reżim jest surowy. Bracia nie piją coli, mają zakaz jazdy na motocyklu, a randki dostrajają do rodzinnego planu treningowego. Kiedy Jakob został w Berlinie mistrzem Europy, triumf opił szklanką mleka.

Gjert nie ma jeszcze wśród synów mistrza świata – Jakob był w Dausze czwarty i piąty – ale dwa lata temu wydał książkę „Jak wychować mistrza świata". 55-latek wyjaśnia w niej, jak być jednocześnie rodzicem i trenerem, choć obu ról uczył się sam. Wzorca w domu nie miał, wychowała go samotnie matka. Został ojcem chłodnym i surowym.

Ingebrigtsenowie mają świetne wyniki badań krwi – wręcz urodzili się do biegania na średnich dystansach – a trenują też po „afrykańsku". Wiele jest historii mistrzów z Czarnego Lądu, którzy w dzieciństwie biegali boso do szkoły. Jakob podobno już jako 10-latek pokonywał 140–170 km tygodniowo.

Inny sekret warsztatu Gjerta to wymagający trening regeneracyjny, jego synowie zawsze po starcie ponownie wychodzą na bieżnię. Zdarzało się, że po mityngach Diamentowej Ligi kończyli interwały o pierwszej nad ranem.

Ojciec programuje synów na sukces. – Nigdy nie powiem, że marzę o zdobyciu olimpijskiego złota. Ja nie mam marzeń, tylko wyznaczam cele – mówi Jakob, prężąc lewy biceps z wytatuowanym napisem: „fast", czyli „szybki". Jest szybki i wytrzymały. Szybciej od niego na 1500 metrów w całej historii konkurencji biegało tylko siedmiu ludzi. Wszyscy z Afryki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA