fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Portret lekkoatletek we wnętrzu

Aleksandra Szmigiel (Materiały Prasowe)
Rozmowa z Aleksandrą Szmigiel, fotoreporterką sportową, autorką projektu „(not) ordinary girl”, laureatką konkursu Fotoreporter Roku 2018 w kategoriach Sport i Portret

„Rz": Skąd pomysł na studyjne zdjęcia polskich lekkoatletek, czyli tych niezwykłych-zwykłych dziewczyn?

Aleksandra Szmigiel: Moja pani profesor z lat studiów na na Uniwersytecie Warszawskim kiedyś zapytała, czemu jeszcze nie zrobiłam portretów lekkoatletkom. To była inspiracja. Od zawsze jeździłam na zawody i lubiłam sport, poczułam potrzebę, by zrobić coś więcej, wyjść ze strefy zawodowego komfortu, tak jak wychodzi się z tej strefy podczas treningu, męczy się i robi coś nowego, podejmuje kolejne wyzwanie.

Co było tym wyzwaniem?

Chciałam sfotografować kobiety w sporcie, lekkoatletki, ale od tej strony, od której ludzie ich nie znają. Od strony kobiecej. W dodatku robiłam to aparatem analogowym, więc musiałam wziąć parę lekcji. Dla dziewczyn przed obiektywem to też było wyzwanie, bo pracowały w niecodzienny sposób. Musiałam zdobyć ich zaufanie. Najpierw przestawiłam im pomysły, to z czym będą musiały się zmierzyć. Zobaczyłam zainteresowanie, większość uznała, że to jest projekt, w którym warto być.

Powiedzmy otwarcie, rozebrała je pani...

Większość z nich ma bardzo naturalny stosunek do ciała – to jest narzędzie ich pracy. Narzędzie, o które dbają i konserwują, by jak najdłużej służyło w zawodzie, „(not) ordinary girl" jest więc projektem opowiadającym o sportowym ciele, ale tak naprawdę nie chciałam ich rozbierać. Nagość pojawiła się naturalnie. Te zdjęcia nie mają jednak aspektu seksualnego, choćby nawet takiego, jaki prezentuje stacja telewizyjna ESPN w projekcie The Body Issue.

Napisała pani w prologu, że te zdjęcia mogą być także zachętą dla nastolatek, by nie bały się odkrywać swego talentu i przyszłości w sporcie. Każe im pani odkrywać estetykę kobiecych mięśni

Nie lubię opowiadać o swoich pracach, powinny mówić za siebie, ale poniekąd tak, chcę je przekonywać – nastolatki są specyficzną grupą, maja dużo kompleksów, za czasów mej młodości wśród dziewczyn panowało święte przekonanie, że od ćwiczeń mięśnie za bardzo się rozrosną. Oczywiście wiemy, że lekkoatletyka pięknie rzeźbi ciało i poniekąd na tych zdjęciach to widać. Ale najważniejsze jest to, że warto odkryć wcześnie swój talent i pójść za nim. Nie bać się. Po prostu. Każda z dziewczyn na zdjęciach miała taki dylemat. Ja, kiedyś lekkoatletka, także. Przeżyłam to i nie żałuję wyboru, który zaprowadził mnie do zawodu fotografa sportowego.

W pani zdjęciach widać pracę, jaką trzeba włożyć w kształtowanie ciała. To nie jest obietnica małego wysiłku...

To prawda, że nie ma lekko w sporcie. Ale jest też nagroda, dziewczyny są pomalowane w trzy kolory medali. Fajnie by było, gdyby ktoś to zauważył. To jest oczywiście tylko sygnał, każdy może znaleźć własną symbolikę.

Jak wybrała pani modelki?

Maria Andrejczyk opowiadała, że kiedyś w szkole miała większe bary od chłopaków. Wygrywała z nimi siłowanie na rękę, lecz na początku tego się wstydziła. Gdy zobaczyła, ile to jej daje, wyzbyła się kompleksów, pokochała swoje ciało i dziś jest szczęśliwa, że jest, jaka jest. Była więc oczywistą kandydatką. Wybór innych dziewczyn podpowiadała mi podobna intuicja, byłam ich ciekawa, obserwowałam od lat, miałam coś zakodowane w głowie o każdej. Może najlepiej by było, ze względu na kalendarz, żeby było ich 12, ale budżet na to nie pozwolił, projekt finansowałam sama. Nie chciałam też, żeby zdjęć było za dużo, bez przesytu i żeby były wystarczająco różnorodne, od biegaczek do miotaczek. Miałam więc ósemkę: Marysię, Joannę Jóźwik, Angelikę Cichocką, Anię Kiełbasińską, Anię Jagaciak-Michalską, Malwinę Kopron, Justynę Święty-Ersetic i Kamilę Lićwinko, którą sfotografowałam, gdy była w ciąży.

Kiedyś rzecz nie do pomyślenia, ale prawie 30 lat temu Annie Leibovitz, też chętnie fotografująca sport, zrobiła dla „Vanity Fair" sławną okładkę z Demi Moore i przetarła szlak. Niedawno powtórzyła ujęcie z ciężarną Sereną Williams. Była dla pani inspiracją?

Oczywiście, że była, jak czerpać, to od najlepszych. Annie Leibovitz imponuje mi niesamowicie dlatego, że jest taka odważna, w tym co robi. Nie boi się wyjść poza każdą konwencję. Ja też próbowałam, na niektórych zdjęciach widać kulisy sesji, niektóre zdjęcia są nieostre, inne fotografie są w kalendarzu, trochę inne na wystawie w Polskim Komitecie Olimpijskim i będą w wersji drukowanej projektu.

Miłym skutkiem ubocznym jest nagroda w konkursie Stowarzyszenie Fotoreporterów – Fotoreporter Roku 2018 w kategorii Portret za zdjęcie Anny Jagaciak z projektu „(not) ordinary girl" i jeszcze w kategorii Sport, za ujęcie skoku Piotra Liska – z zupełnie innej okazji. Nagrody ostatnio panią lubią...

Sesja z Anią była jedną z moich ulubionych. Mojemu opiekunowi estetycznemu Filipowi Ćwikowi jej zdjęcia też się podobały, ale podkreślam – wszystkie dziewczyny umiały się otworzyć, nie rywalizowały, tylko były ciekawe siebie, jak wypadną, co pokażą ich fotografie.

Nie korciło panią zaprosić do projektu Anitę Włodarczyk, dziś największą gwiazdę polskiej lekkoatletyki?

Jeśli chodzi o nią – bałabym się zapytać. Może mam za dużo empatii, obaw, wrażliwości – nie wiem. Z młociarek wybrałam Malwinę, pasowała, było łatwiej, mam z nią koleżeńskie relacje. Anita wydaje mi się nieosiągalną mistrzynią, choć cały czas myślę, jak ją fotografować, chciałabym w końcu namówić ją na sesję, może w roku olimpijskim.

Wygląda na to, że projekt „(not) ordinary girl" po wydaniu kalendarza szczęśliwie dociera do drugiego przystanku, w czwartek wernisaż otwierający wystawę w Warszawie, w siedzibie PKOl. Chciałaby pani coś w tym dziele zmienić, poprawić?

Zawsze się chce coś poprawić, jestem perfekcjonistką, ale powiem trochę ogólniej – mam poczucie porażki, że nigdy nie zrobiłam dobrych zdjęć Irenie Szewińskiej. Po Jej śmierci długo się tym katowałam. Pierwszy zamysł projektu „(not) ordinary girl" był bowiem nieco inny – chciałam pokazać lekkoatletki od ikony, jaką była pani Irena, do jakiejś początkującej dziewczyny. Nie zdążyłam.

— rozmawiał Krzysztof Rawa

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA