fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Lubię towarzystwo

Reporter, Łukasz Szeląg
Jeden z czołowych średniodystansowców świata Marcin Lewandowski o ciężkim przedolimpijskim treningu i książce „Mój bieg", którą właśnie wydał.

Dokonał pan już wyboru – 800 czy 1500 metrów?

Wcześniej się wahałem, ale wreszcie mogę jasno stwierdzić, że mój koronny dystans to 1500 m. Trening, który w związku z tym realizuję, jest bardzo ciężki, nastawiony na wytrzymałość. Robię teraz wręcz maratoński kilometraż. W Toruniu na „dzień dobry" osiągnąłem wynik ledwie o pół sekundy gorszy od rekordu życiowego w hali na 800 m. W tym momencie przygotowań to duży powód do optymizmu. Wydawało się, że podczas takich przygotowań jest prawie niemożliwe, żeby osiągać takie wyniki, a jeszcze mogę się rozkręcać. Przy ciężkim, monotonnym treningu ćwiczenie szybkości, czyli bieg na 800 m, jest miłą odmianą, a dodatkowo może zaprocentować w czasie startów na 1500 m.

W zeszłym roku podczas przygotowań biegał pan 180 km tygodniowo, jak to teraz wygląda?

W tym sezonie pokonuję trochę krótsze dystanse, ale około 160 km w ciągu tygodnia przebiegałem. Jak na średniodystansowca to bardzo dużo. Poza tym nie były to monotonne przebieżki, ale intensywny trening.

Zaczął pan przygotowania od wyjazdu do Afryki...

Najpierw mieliśmy obóz w Kenii, później wróciłem do domu, spędziłem z rodziną Boże Narodzenie i Nowy Rok. Zaraz potem wyleciałem do RPA, teraz mam krótką „przerwę" na sezon halowy, ale później wyjeżdżam na kolejne zgrupowanie górskie, tym razem do USA do Flagstaff.

Jak jest z tą Kenią, przez kilka lat pana tam nie było, w zeszłym roku miał tam pan dwa obozy, teraz jeden...

Nie obrażam się na miejsca, po prostu realizuję plan, jaki wybrał trener. Przez kilka lat mieliśmy inne wyjazdy, m.in. do Nowej Zelandii, więc odpuściliśmy Afrykę. Teraz nie było tak dalekich podróży, więc pojawiliśmy się w Afryce, gdzie jest wysoko i ciepło. Dobrze dla głowy jest, by zmieniać miejsca pobytu, a nie ciągle wybierać się w te same. Sukcesy Kenijczyków nie miały dla mnie znaczenia przy wyborze miejsca, jedynie klimat i położenie. Do USA się zimą nie pojedzie, bo tam jest zimno w górach. Nowa Zelandia jest bardzo daleko, a chcieliśmy tego uniknąć. Do wyboru zostały Kenia i Etiopia.

Adam Kszczot mówił, że trenując razem, możecie się od siebie uczyć: on ma lepszą szybkość, a pan wytrzymałość.

Prawda jest taka, że na razie jeszcze nie udało nam się razem poćwiczyć. Byliśmy na obozie w RPA, jednak wykonywaliśmy różne treningi. Ale sam fakt, że jesteśmy teraz teamem, że będziemy razem ćwiczyć, pozytywnie na nas wpływa. Adam przyszedł do naszego teamu właśnie po to, by ze mną trenować. Obaj możemy skorzystać, ja nadrobię trochę szybkości, a on wytrzymałości. Możemy stworzyć superduet.

Wygra pan albo Adam Kszczot, a jednak trenujecie razem. Na innym obozie biegał pan z Kenijczykami, których prowadził duński trener. Jak to jest, że się przed sobą nie chowacie?

Jestem otwarty na innych zawodników. Bywało czasem, że musiałem zmienić jednostkę treningową tylko po to, żeby poćwiczyć w grupie. To jest dla mnie dużo ważniejsze niż dokładne wykonywanie planu, ale samemu. Co ciekawe, niektórzy zawodnicy nie są tak elastyczni. Cieszę się, że nasza grupa treningowa się rozrosła. Oprócz mnie i Adama są jeszcze biegacze z zagranicy, co wszystkim pomaga.

W towarzystwie łatwiej doprowadzić się do skrajnego zmęczenia?

Sam nie zmusisz się do takiego wysiłku. Organizm jest mądrzejszy, niż nam się wydaje, ale w towarzystwie „odłącza się" mechanizm obronny. Widzisz, że ktoś biegnie przed tobą, i myślisz sobie: „przecież go nie puszczę". Samemu by się odpuściło, to normalna reakcja. W grupie łatwiej przejść przez tę granicę bólu.

Czasami zdarzają się wymioty, czy to tylko przenośnia?

Zdarzają się. Oczywiście, w każdym sporcie są ciężkie treningi, ale specyfika biegów średniodystansowych jest taka, że trzeba zadać wielki ból organizmowi i później najczęściej dochodzi do wymiotów właśnie z bólu, z zakwaszenia.

Od pewnego czasu nie ma pan trenera, bo brat, który pana prowadził, nie porozumiał się z PZLA. Jest szansa na rozwiązanie tej sprawy?

To przykra, nieszczęśliwa sytuacja. Nie chcę się nad tym rozwodzić. Rozmowy jeszcze trwają, pojawiło się światełko w tunelu. Liczę na to, że konflikt Polski Związek Lekkiej Atletyki – Tomasz Lewandowski rozwiąże się niedługo i skupimy się na trenowaniu.

Jaki trening teraz pan realizuje?

Od zgrupowania w RPA, kiedy zaczęły się problemy, trenuję sam. Jestem doświadczony i na krótką metę to przejdzie, bo realizuję trening, który miałem rozpisany. Ale nie ma się co oszukiwać, do igrzysk tak się nie przygotuję i będą potrzebne inne rozwiązania. Na razie o tym jednak nie myślę. Liczę, że wszystko się ułoży. Oficjalnie nie mam trenera, ale grupa dalej istnieje. Wspierają mnie inne osoby, brakuje jednak głównego trenera.

Gdy myśli pan o Tokio, co przede wszystkim przychodzi do głowy?

Nie spodziewam się, że może być wyższy poziom niż w Katarze, gdzie pobiegliśmy najszybszy w historii finał mistrzostw świata. Skoro tam udało mi się zdobyć medal, to również w czasie igrzysk można to zrobić. Muszę tylko doprowadzić swój organizm do formy, jaką miałem w Katarze. Wiem, że mogę taki wysiłek wykonać i włączyć się do walki o miejsce na podium.

Wydał pan właśnie książkę „Mój bieg". Nie za szybko na biografię?

To nie jest do końca biografia. Są tam elementy życia prywatnego, bo tego się nie oddzieli, ale książka napisana została po to, by pokazać piękno sportu i świat profesjonalnego sportowca. To, co widzicie w telewizji, trzy minuty wysiłku, sukcesy lub porażki, to tylko wisienka na torcie. Piszę, kogo poznałem, gdzie byłem, czego się nauczyłem, jakim człowiekiem się stałem. Nie piszę, że trzeba być mistrzem, ale jakie piękne rzeczy mogą się wydarzyć dzięki uprawianiu sportu.

Pokazuje pan, że gwiazdy lekkiej atletyki nie są oderwane od życia tak jak np. piłkarze?

W naszym sporcie są inne pieniądze niż w futbolu, ale oczywiście nie mogę narzekać na swoje życie.

Startując w Toruniu, z bliska widział pan rekordowy skok o tyczce Armanda Duplantisa. Zrobił wrażenie?

To bardzo utalentowany młody chłopak. Jak byłem w jego wieku, to wierzyłem, że mogę przenosić góry. To samo przeżywa teraz on – nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, a głowa jest często ważniejsza od mocnego treningu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA