fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Tomasz Majewski: Mam łatwiej, bo miałem trudniej

Reporter, Łukasz Szeląg
Dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą i wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Tomasz Majewski o swoim sporcie, walce z dopingiem i zadowoleniu z życia.

Nowe życie, nowe obowiązki i nowe stresy, zwłaszcza w ostatnich dniach. Co czeka Adama Kszczota i Marcina Lewandowskiego, którzy na kilka miesięcy przed igrzyskami stracili trenera Tomasza Lewandowskiego?

Zobaczymy.

Na czym polega problem? Jak zwykle chodzi o pieniądze?

Na wielu rzeczach. Sytuacja jest bardzo trudna dla wszystkich, szczególnie dla zawodników, bo na nich się to najbardziej odbija. No, ale nie nowa. Zdarzały się takie rozwody. Nawet w takiej sytuacji, kiedy związek i trener się nie dogadali, znajdzie się rozwiązanie. Mam nadzieję, że to nie wpłynie negatywnie na cały cykl przygotowań do igrzysk i w Tokio zawodnicy pokażą, co mają najlepszego.

Przepisy związkowe i państwowe nie pozwalają wam zapłacić więcej?

PZLA obowiązują rozporządzenia ministra sportu i płacimy trenerom zgodnie z nimi. Jako duży związek utrzymujemy bardzo wielu trenerów, a budżet jest jeden. Działamy za pieniądze publiczne. Proponowaliśmy trenerowi określone warunki, jednak nie zostały przyjęte. Nie ma obowiązku pracy w związku sportowym.

Czyli trener Tomasz Lewandowski może sobie wybrać pracodawcę również za granicą. Teoretycznie może pracować dla kogoś, kto będzie konkurował z Polakami.

Każdy trener może, jeśli nie jest związany z nami kontraktem.

Wydaje się, że zainteresowanie kibiców lekkoatletyką wróciło dzięki temu, że są transmisje i są gwiazdorzy.

Takiej głównej gwiazdy jak Usain Bolt nam brakuje. Ale rzeczywiście nie jest źle i wiadomo, że w roku igrzysk będzie lepiej. Poza tym jako lekkoatleci jesteśmy jednym z liderów walki z dopingiem i kibice chyba to widzą. To u nas robi się tak, jak powinno być w innych dyscyplinach. To jest bardzo konsekwentnie, twardo prowadzona walka, która przynosi rezultaty. My na tym korzystamy jako reprezentacja, bo mamy dopingowo czystych zawodników.

Jak oceniać to, że po tym wszystkim, co się stało z Rosją, Anglicy odmawiają wydania do kontroli próbek Mo Faraha? Jeżeli się okaże, że ma on coś na sumieniu, to będzie ogromne wizerunkowe tąpnięcie lekkoatletyki.

Tak, to byłby kolejny duży cios. Argumenty, że Anglicy nie chcą zanieczyszczać próbek, bo czekają na dalszy rozwój technik badawczych, można zrozumieć. Ale rzeczywiście – najłatwiej atakować obcych. To samo mamy w Stanach Zjednoczonych. Chociaż oni biorą się za swoich, tam jest dużo więcej niezależnych ośrodków, które chcą walczyć z dopingiem. Choć nie da się porównać Rosji do Wielkiej Brytanii. W Rosji wszystko było zorganizowane i powiedzmy sobie szczerze, że w konsekwencji Rosji w tej chwili nie ma w sporcie. Nie ma w lekkiej atletyce. Oni mają duży problem i ja im nie zazdroszczę.

Sami się w to wpakowali.

Zdecydowanie tak. Część sportowców nie jest niczemu winna.

Wiele lat kontaktował się pan z miotaczami, nie tylko rosyjskimi. Patrzyliście na siebie i co było w ich oczach?

Jak ktoś jest oszustem i myśli, że wszyscy na świecie oszukują, to dla siebie jest normalny i innej drogi nie widzi – bo po prostu myśli, że robi jak wszyscy, a jeśli ktoś jest lepszy, to po prostu lepiej oszukuje. To jest największy problem rosyjskiego sportu, że oni w tej warstwie mentalnej nie widzą swojej winy.

Kiedyś Paweł Fajdek nie podał ręki konkurentowi, o którym wiedział, że bierze. Panu nigdy nie zdarzyło się tak potraktować podejrzanego rywala?

Nie, nie jestem taki radykalny.

Ale miewał pan poczucie, że „coś on za daleko pcha jak na niego"?

Oczywiście, że miałem, ale tak jak doping nie jest prostym zagadnieniem, tak i kontakty z dopingowiczami takie nie są. Kiedy w zeszłym roku w Dausze spotkałem Andreja Michniewicza, który został dożywotnio zdyskwalifikowany i który mnie też jakieś medale zabierał, to się z nim serdecznie uściskałem, bo dawno go nie widziałem. Ja wciąż go lubię i się z nim koleguję.

Czyli nie wyklucza pan, że wśród tych, którzy biorą doping, są przyzwoici ludzie, tylko okoliczności ich do tego zmuszają?

Bardzo często, szczególnie na Wschodzie, to się zaczynało bardzo wcześnie. W Polsce sportowcom od dziecka się wpaja, że doping to jest największe zło, jakie może być. Tak jesteśmy wychowywani.

Nas, dziennikarzy, życie nauczyło, że przyłapani na dopingu zwykle kłamią, Polacy też.

Bardzo jest mało takich, którzy szczerze mówią prawdę. Kiedy ktoś po latach w jakichś książkach się przyznaje, to z jednej strony jest uczciwy, ale dla rywalizacji, dla sprawiedliwości ma to małe znaczenie. Ale większość próbuje się bronić do końca, wybielać, walczyć...

Barszczyk, pasta do zębów, przez pomyłkę wzięte lekarstwo mamy, wszystko już było...

Tak, te wszystkie bzdury, te wszystkie sposoby wybielenia siebie albo zwalania na kogoś winy. Jeśli ktoś jest złapany na ciężkim dopingu, to zazwyczaj, w 99,9 proc. przypadków, doskonale o tym wiedział. Sportowcy znają swoje organizmy i nawet jeśli ktoś by im bez ich wiedzy coś podał, to oni to po prostu zauważą.

Nie niepokoi pana to, co się dzieje w tej chwili w pchnięciu kulą – to, że ci, którzy wygrywali w Dausze, pchają po 23 metry?

Nie, to mnie bardzo cieszy. U nas postęp dokonał się za sprawą wspaniałych atletów, to jedna sprawa. Druga – wielkiego postępu także w technice.

Chodzi o technikę obrotową?

Tak.

Pan był ostatnim, który pchał kulę techniką klasyczną i wygrywał.

Jeszcze David Storl, który jakoś się trzyma. Dzisiejsi „obrotowcy" to najlepsze pokolenie, jakie kiedykolwiek było. Odczarowali trochę ten obrót, nastąpił wielki skok w jakości techniki.

Spodziewał się pan, że ten postęp tak szybko nastąpi, że Michał Haratyk czy Konrad Bukowiecki pobiją stare rekordy? Nie niepokoi pana, że mistrz olimpijski w Tokio może pchnąć dwa metry dalej niż pan w Pekinie?

Nie, tyle nie pchnie. Na pewno nie w Tokio. Jest gdzieś granica ludzkich możliwości. Ja znam tych zawodników. Wiem, jak oni trenują, jak często są badani. Poza tym ze zdecydowaną większością startowałem i wygrywałem. Wiem też, skąd się wziął ich wynik sportowy i dlatego z przyjemnością mogę te konkursy oglądać.

Można uciec od kontroli dopingowej?

Nie można. System jest coraz dokładniejszy. Wiadomo, że zawsze można coś nowego wymyślić, ale w rzutach trochę o to trudniej. Te najskuteczniejsze rzeczy, jakie w dopingu wymyślono, w rzutach już były. Nie słyszy się, żeby pojawiło się coś nowego.

Na mityngach w Zurychu czy w Brukseli lekkoatletyka jest fascynującym spektaklem. Przed laty jedną z niewielu sportowych okazji, dla których przyjeżdżało się do stolicy, był Memoriał Kusocińskiego. Dzisiaj macie fantastyczny stadion w Chorzowie...

I organizujemy dwa duże mityngi.

Miejmy nadzieję, że gdy jest już arena, przyjdą też ludzie...

Teraz rywalizacja o widza jest dużo trudniejsza, bo trzeba się zderzać z innymi wydarzeniami. Cały świat lekkiej atletyki ma podobne problemy i nawet w tych państwach, w których ona jest na wysokim poziomie, ludzie też niechętnie przychodzą na trybuny. Ale my jesteśmy rynkiem wschodzącym, z roku na rok mamy coraz więcej widzów. W ostatnich paru latach jesteśmy naprawdę jednym z liderów europejskich i światowych w lekkiej atletyce. To u nas jest coraz więcej mityngów.

Jak podoba się panu życie po życiu? Trzy lata bez startów to chyba szok dla organizmu.

Bez problemów.

Ale serio, czy jest pan człowiekiem sportowo i życiowo usatysfakcjonowanym?

Tak.

...najbardziej jak można?

Zawsze można więcej... Ale ja naprawdę mam dobre życie. Ciągle robię to, co lubię, już w innej roli, ale dalej to kocham. Mam świetną rodzinę, normalnie sobie żyję, nie narzekam. Zdrowie mi się na razie trzyma. Jestem zadowolony.

Czy nie wynika to trochę z tego, że skończył pan studia, czyta książki, ma mnóstwo zainteresowań, czyli mówiąc krótko – ma pan życiową busolę?

Jest taka tendencja, że mistrzowie raczej sobie radzą. No, może nie wszyscy.

Często mówił pan w wywiadach, że to dzieciństwo z dala od śródmieścia Warszawy bardzo pana zahartowało.

To nie jest żadna tajemnica, że komuś dobrze poprowadzonemu już w dzieciństwie, przyzwyczajonemu do pewnych rzeczy i pracy, jest łatwiej. Podobnie było ze mną. Jak ktoś ma zdrowe fundamenty, to łatwiej na tym wszystkim budować. I dlatego większość wybitnych sportowców jest albo ze wsi, albo z prowincji, bo tam to wszystko nabywają w miarę szybko.

Szacunek dla pracy?

Szacunek dla pracy, przyzwyczajenia. Choć oczywiście to nie dyskwalifikuje ludzi z miasta. Ale jak pokazują statystyki, to właśnie na wsi, z daleka od metropolii, najczęściej udaje się wyłapać sportowe talenty. Podobnie było ze mną. Miałem w pewnych momentach łatwiej dlatego, że wcześniej miałem trudniej.

A czy ma je kto wyłapać? Czy jeżeli gdzieś na mazowieckiej wsi jest nowy Majewski, to ktoś go znajdzie?

Znajdzie, chociaż dzisiaj trochę trudniej tych młodych namówić. Ale ciągle mamy dobrych trenerów, którzy łapią te talenty, przyciągają do sportu i potem latami z nimi pracują. Poza tym prawdziwy talent zawsze sobie poradzi.

A ci młodzi mają gdzie trenować? Przez wiele lat małe kluby częściej upadały niż powstawały...

To się zmieniło, od kilku lat mamy coraz więcej zawodników i klubów. Zwykle są to właśnie małe kluby, dzięki którym lekka atletyka się odradza.

Patrzy pan jeszcze czasami w niebo?

Muszę przywieźć teleskop z domu, bo mam go już, na szczęście, gdzie ustawić. Ale najważniejsze widzę gołym okiem: robi się powoli moda na lekką. Powoli bo powoli, ale się robi.

—współpraca Jakub Czermiński

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA