fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Lord Coe musiał wiedzieć

AFP
Druga część raportu Światowej Agencji Antydopingowej: sroga krytyka IAAF, ale Sebastian Coe to wciąż najlepszy przywódca odnowiciel.

Szef Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej (IAAF) siedział w piątym rzędzie sali konferencyjnej hotelu Dolce Munich Unterschleissheim i za plecami 140 dziennikarzy słuchał słów Richarda Pounda, szefa specjalnej komisji WADA.

Raport nie zostawia wątpliwości: w latach haniebnych rządów Lamine Diacka komitet wykonawczy IAAF (z Coe w składzie) i prominentni działacze (raport wymienia siedmiu) nie mogli nie wiedzieć o korupcyjno-dopingowym układzie ze sportowcami i działaczami w Rosji, o wpadkach lekkoatletów i ukrywaniu wyników testów.

Pomimo tego Lord Coe, wedle Pounda, pozostaje najlepszym przywódcą.

– Jeśli krąg wiedzy o nieprawidłowościach był tak szeroki, czemu nic nie zrobiono? W oczywisty sposób część władz IAAF nie chciała starcia z Rosją – mówił autor raportu, lecz zaraz dodał, że jak długo Lord Coe pozostaje silnym przywódcą, tak długo IAAF ma szansę na rozwój, pomimo strat wizerunkowych.

Ten fragment wypowiedzi Pounda wzbudził największe wątpliwości i znacznie osłabił wnioski raportu. Spore zdziwienie towarzyszyło także temu, że w dokumencie nie poruszono sprawy dopingu w Kenii, na Jamajce i w innych krajach, w których widać podobnie poważne problemy.

Raport wskazał natomiast ewidentną odpowiedzialność Lamine Diacka, jego rodziny i współpracowników za stworzenie konspiracyjnej sieci korupcji. W pierwszej z trzech części raport przedstawia ogólnie znane wyniki francuskiego śledztwa kryminalnego w tej sprawie i parę smaczków, jak 87 000 euro w ośmiu kopertach znalezione w domowym sejfie byłego antydopingowego dyrektora IAAF Gabriela Dolle, albo 1,8 mln euro przejęte z konta w Monako przez byłego skarbnika IAAF i szefa rosyjskiej federacji Walentyna Bałachniczewa.

Wiemy teraz, że obok lekkoatletów rosyjskich także turecka mistrzyni olimpijska z Londynu na 1500 m Asli Alptekin Cakir dostała po igrzyskach ofertę od Papy Massaty Diacka: zapłaci 650 tys. euro (potem 350 tys.), to sprawa jej dopingu nie wypłynie. Wypłynęła, choć w sprawę zaangażował się także drugi syn Lamine Diacka, Khalil, który przyleciał do Stambułu i otrzymał ok. 55–60 tys. euro od Cakir i jej rodziny.

Do tego doszła sugestia, że Lamine Diack wycofał swe poparcie (jako członek MKOl) dla oferty Stambułu w sprawie organizacji igrzysk w 2020 roku, gdyż nie dostał 4–5 mln dol. tureckiego wsparcia dla Diamentowej Ligi. „Japończycy zapłacili" – twierdzi raport, więc igrzyska są w Tokio.

Druga część raportu dotyczyła formalnych nieprawidłowości w administracyjnej działalności IAAF („Organizacja ma problemy instytucjonalne większe, niż sądzono. Nie wykazuje chęci rozwiązywana problemów").

Trzecia część odnosi się do wyników głośnego śledztwa dziennikarzy stacji ARD i „Sunday Timesa" z 2015 roku. Na podstawie wycieku informacji o testach krwi z bazy IAAF eksperci dopingowi znaleźli powody, by sądzić, że dziesiątki medali MŚ i igrzysk przed 2008 rokiem zostały zdobyte przez sportowców na dopingu. Raport twierdzi zaś, że dane są niekompletne i na ich podstawie takich wniosków wyciągnąć nie można.

Ogólne wrażenie jest takie, że zapowiedź sensacji była głośniejsza niż czwartkowy wystrzał.

Zobacz także:

Ruszają Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA