fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Lekkoatletyczne MŚ: Aniołki czekają na sztafetę

AFP
Justyna Święty-Ersetić siódma, a Iga Baumgart-Witan ósma na 400 m. Konrad Bukowiecki jedynym Polakiem w finale kuli.

To był kulminacyjny punkt czwartkowego wieczoru. Efektowna oprawa, wyświetlane na bieżni nazwiska, a przy blokach startowych one:   Aniołki Matusińskiego. Dwie pierwsze Polki w finale 400 m na mistrzostwach świata, dwie jedyne Europejki w tak doborowym gronie - to robiło wrażenie, nawet jeśli szanse na medal były skromne.

By o tym myśleć, trzeba było bić rekordy życiowe. Justyna Święty-Ersetić minimalnie poprawiła wynik z półfinału (50,95), Iga Baumgart-Witan wpadła na metę tuż za koleżanką (51,29) - na miejscu ostatnim. Obydwie nie ukrywały, że w nogach czuły wcześniejsze biegi.

- Był to już nasz czwarty start w Dausze. Robiłyśmy co w naszej mocy, ale organizmu się nie oszuka. Jestem dumna z nas obu, że walczyłyśmy z takimi gwiazdami - opowiadała Baumgart-Witan. - Przed biegiem byłam bardzo spokojna. Ale jak już zaczęło się to show, ta prezentacja, po całym ciele przeszły mi ciarki. Kątem oka zerkałam na telebim. To było coś wspaniałego. Jestem dumna, że mogłam wziąć udział w tak niesamowitym wydarzeniu. Padły kosmiczne rezultaty - dodała Święty-Ersetić.

Triumfatorka tej rywalizacji, Salwa Eid Nasser z Brunei, uzyskała trzeci wynik w historii (48,14). - Miała już piąty bieg, ale jak widać z sił nie opadła. To zupełnie inny poziom - zauważa Baumgart-Witan.

Teraz czas na sztafetę. W sobotę kwalifikacje. - Oprócz Amerykanek i Jamajek w bardzo dobrej dyspozycji są też Brytyjki. Nie udało im się awansować indywidualnie do finału, więc będą chciały za wszelką cenę coś udowodnić. Myślę, że dojdzie jeszcze parę reprezentacji. Zadanie nie będzie łatwe, ale my - mimo że czasem jesteśmy gorsze indywidualnie - potrafimy się zmobilizować w sztafecie i walczyć o pozycje medalowe - zaznacza Święty-Ersetić.

Z trójki polskich kulomiotów w finale zameldował się tylko jeden. Konrad Bukowiecki sprawę załatwił błyskawicznie. Pierwsze pchnięcie i od razu 21,16, minimum wypełnione (20,90), można myśleć o sobocie. – Nie pamiętam takich kwalifikacji w moim wykonaniu na zawodach seniorskich. Jestem przygotowany na 22 m. Przyjechałem tu po życiówkę. Jeśli to się uda, jest szansa na wysokie miejsce – zapowiada Bukowiecki.

Niewiele do szczęścia zabrakło Jakubowi Szyszkowskiemu (20,55) i Michałowi Haratykowi (20,52). – Moją najważniejszą imprezą w tym roku są tak naprawdę Światowe Igrzyska Wojskowych. Jestem żołnierzem, chciałbym się odwdzięczyć wojsku, dzięki któremu mogę w ogóle trenować – przekonywał Szyszkowski, a Haratyk tłumaczył, że przyjechał do Kataru nie w pełni sił. – Dokucza mi kontuzjowany łokieć i nadgarstek. Dostałem zastrzyk. Miał przynieść ulgę, a opuchlizna zejść. Ale tak się nie stało. Po powrocie do Polski czeka mnie artroskopia.

Kiedy opadły emocje związane z występem panów, do koła weszły panie – już by bić się o medale. Wygrała Chinka Lijiao Gong (19,55). Paulina Guba pchnęła dwa centymetry mniej niż w kwalifikacjach (18,02). To wystarczyło na dziesiąte miejsce. Ale już wcześniej podkreślała, że sam udział w finale po tak trudnym sezonie (kłopoty zdrowotne) jest dużym osiągnięciem.

Marcin Lewandowski do półfinału biegu na 1500 m zakwalifikował się w swoim stylu: zaczynając spokojnie i przypuszczając atak na ostatnim okrążeniu. – Te 400 metrów kosztowało mnie więcej wysiłku niż pozostała część dystansu. Wbiegliśmy niemal wszyscy razem na metę. Mogło się wydawać, że zabrakło mi sił, ale tak nie było. Miałem wszystko pod kontrolą, rozglądałem się dookoła i wiedziałem, że będę piąty. Na ostatnich 10 metrach jeszcze zwolniłem. Plan był taki, żeby stracić jak najmniej energii. Marzy mi się medal, ale najpierw trzeba wejść do finału – przypomina Lewandowski. Półfinał już w piątek.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA