fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Polskiego medalu w kuli nie było

AFP
Konrad Bukowiecki szósty w stojącym na niesamowitym poziomie konkursie pchnięcia kulą. Spokojny awans do finału kobiecej sztafety 4x400 m.

Korespondencja z Dauhy

W sobotę na stadionie Khalifa wszystko wróciło do normy. Nie było co prawda tak pusto jak na początku mistrzostw, ale reklamowe płachty znów wymagały rozwinięcia. Lokalnej publiczności nie przyciągnęła odłożona o jeden dzień – z powodu awarii dźwięku – dekoracja złotego medalisty w skoku wzwyż Mutaza Essy Barshima. 

Ekscytację trybun wzbudzały głównie biegi, ale także finał kuli męskiej. Konkurs nie rozczarował. Padł trzeci, czwarty i piąty wynik w historii konkurencji. Tomas Walsh już w pierwszej próbie pchnął 22,90. Cztery następne spalił, ale wydawało się, że złoto ma w kieszeni. Aż nadeszła ostatnia kolejka i odpowiedź Amerykanów. Joe Kovacs pchnął centymetr dalej niż Walsh, Ryan Crouser dokładnie w to samo miejsce co mistrz z Nowej Zelandii. Obrońca tytułu znów spalił i został z brązem.

– Nawet gdybym zrobił dziś wszystko perfekcyjnie, nie pchnąłbym 22,90. To smutne i demotywujące – przyznał Konrad Bukowiecki. Polak powtarzał, że przyjechał pobić ustanowioną przed kilkoma tygodniami życiówkę (22,25). Zabrakło jednak sporo, rezultat 21,46 dał dopiero szóste miejsce. Sezonu Bukowiecki jeszcze nie kończy, przed nim Światowe Igrzyska Wojskowych.  

Z polskiego punktu widzenia równie ważne pytanie, jak poradzi sobie nasz kulomiot, brzmiało – jak będzie wyglądać skład walczącej o finał sztafety 4x400 m pań. Zaskoczenia nie było. Iga Baumgart-Witan otrzymała wolne, wybór padł na Justynę Święty-Ersetić. Zaczynała Anna Kiełbasińska, na drugiej i trzeciej zmianie biegły Małgorzata Hołub-Kowalik i Patrycja Wyciszkiewicz.

– Czuję się już naprawdę zmęczona, więc chciałam dotrzeć do mety jak najmniejszym nakładem sił. Dziewczyny ułatwiły mi zadanie, wypracowały przewagę – opowiadała Święty-Ersetić, której pozostało utrzymanie drugiej pozycji. Na metę wpadła dwie sekundy (3.25,78) za Jamajkami. Kogo w niedzielnym finale zastąpi Baumgart-Witan? – To wie tylko trener – stwierdziły zgodnie i jak zwykle z uśmiechem Aniołki Matusińskiego.   

W sobotni wieczór liczyliśmy również na awans Marcina Krukowskiego do finału oszczepu. W najlepszej próbie rzucił 82,44, do minimum (84 m) trochę zabrakło, trzeba było czekać, co się stanie w drugiej grupie.
– Powinno być dużo dalej. Wypadek przy pracy. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. Przyjechałem tu w najlepszej formie w tym sezonie. Na pewno nie zjadł mnie też stres – przekonywał. Nie wierzył, że jego wynik pozwoli się znaleźć w finałowej dwunastce. Rywale rzucali jednak jeszcze bliżej i w niedzielę Krukowski dostanie szansę, by pokazać, że rzeczywiście jest w tak dobrej dyspozycji, jak mówi. 

Ostatniego dnia mistrzostw zobaczymy także Karolinę Kołeczek. Na swój start czekała najdłużej. Przyznała, że siedzenie w hotelu się dłużyło i było stresujące. – Jak zobaczyłam wczoraj swoją serię, to prawie się przeraziłam. Na liście startowej same mocne przeciwniczki – nie ukrywała. Ale do półfinału awansowała automatycznie, a wynik 12,78 to tylko 0,03 s od jej życiówki. – Jestem bardzo zadowolona. Z mojej perspektywy ten bieg wydawał się bardzo spokojny, kontrolowany, dobry technicznie. O finale na razie nie myślę. Skupiam się po prostu na tym, żeby dobrze pobiec – dodała.

Sztafeta 4x100 m dla Jamajek (41,44) i Amerykanów (37,10).

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA