fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Ewa znów chce biegać

Ewa Swoboda – mistrzyni Europy w biegu na 60 m
AFP
Halowe mistrzostwa Europy w Glasgow nie były powtórką złotych żniw sprzed dwóch lat, ale dały powody do radości, zwłaszcza sukces Ewy Swobody.

Podczas ubiegłorocznego Pucharu Świata w Londynie po serii wcześniejszych rozczarowań Ewa Swoboda znów pobiegła słabo, za metą rozpłakała się, mówiąc, że nie ma już siły, że ma dość.

Na szczęście dla siebie i lekkoatletyki wróciła do twardych treningów, wygrała sprinterską klasyfikację zimowego cyklu IAAF World Indoor Tour, miała najlepszy rezultat w Europie (7,08) i okazało się, że w Glasgow też była najszybsza. Od eliminacji przez półfinał do finału, po którym się spłakała, ale tym razem tylko z radości, że potrafi znów wygrywać, nawet ze sławną Holenderką Dafne Schippers.

– Uderzyłam w materac i myślałam, że finiszowałam druga lub trzecia. Okazało się, że byłam najszybsza. No popłakałam się. Może zbyt emocjonalnie do tego podchodzę. Taka już jestem – powiedziała w TVP Sport, dodając, że najważniejszą zmianą było to, że nauczyła się zdejmować z siebie presję i biegać wedle własnych, a nie cudzych oczekiwań.

Ewa Swoboda nawiązała do sukcesu Ireny Szewińskiej sprzed 50 lat (pani Irena w 1969 r. w Belgradzie wygrała bieg na 50 m w tzw. halowych igrzyskach europejskich). Ciąg dalszy dla Ewy Swobody to dużo pracy przed bieganiem 100 m na stadionach. Mistrzostwa świata w Dausze są dopiero na przełomie września i października.

ME w Glasgow przyniosły już pierwszego dnia złoto Michała Haratyka w pchnięciu kulą, mistrz Europy z Berlina poprawił w finale halowy rekord życiowy (21,65) i nie może już powtarzać, że startów pod dachem nie lubi. Złota nie obronił Konrad Bukowiecki, po części z powodów zdrowotnych, ale na przyszłość pchnięcia kulą po erze Tomasza Majewskiego można patrzeć spokojnie, następcy są.

Są też następczynie, choć mistrzyni Europy z Berlina Paulina Guba z powodu kontuzji do Glasgow nie przyjechała, to Klaudia Kardasz była w finale, zajęła niezłe piąte miejsce.

Dobrze trzyma się też polska szkoła skoku o tyczce. Wprawdzie Piotr Lisek nie obronił tytułu z Belgradu, ale z uśmiechem oddał tytuł koledze, mistrzowi świata z Daegu Pawłowi Wojciechowskiemu. Polacy rozprawili się z konkurencją (rekordzista świata Renaud Lavillenie i mistrz Europy Armand Duplantis nie startowali), potem sami walczyli o złoto. Tytuł dał skok na wysokość 5,90.

Po dwóch dniach Polska prowadziła w klasyfikacji medalowej, miała trzy złota i srebro. Szans na więcej nie wykorzystali Justyna Święty-Ersetic (400 m), Sylwester Bednarek (skok wzwyż) i Tomasz Jaszczuk (skok w dal). W niedzielny wieczór zostały jeszcze cztery szanse: Sofii Ennaoui i Marcina Lewandowskiego na 1500 m oraz obu sztafet 4x400 m.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA