fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Podwyżki i warunki pracy obracają się przeciwko rezydentom

Fotolia
Wywalczone przez rezydentów podwyżki i warunki pracy obracają się przeciwko nim. Dyrektorzy skąpią im dyżurów.

Miało być lepiej. W ramach podwyżek dla rezydentów, czyli lekarzy w trakcie szkolenia specjalizacyjnego, Ministerstwo Zdrowia postanowiło sfinansować także 40 godzin dyżurów, odciążając szpitalny budżet. Kłopot w tym, że podwyższając pensje lekarzy w trakcie specjalizacji, spowodowało, że automatycznie wzrosły dodatki do pensji, w tym dyżury.

Do stołu tylko w dzień

Ponieważ dyżury zostały włączone do umów o pracę, rezydenci nie mogą już dyżurować na kontrakcie, bo, zgodnie z kodeksem pracy nie można wykonywać dla pracodawcy tej samej działalności na podstawie stosunku pracy i umowy cywilnoprawnej. Jeśli więc szpital chce, by lekarz w trakcie specjalizacji dyżurował więcej niż 40 godzin miesięcznie opłacanych przez resort zdrowia, musi za nie dać więcej niż przed podwyżką, stosownie do podstawy wynagrodzenia.

W efekcie część szpitali dyżury obsadza specjalistami, a 40 godzin finansowanych przez ministerstwo rozbija np. na osiem pięciogodzinnych dyżurów.

– Przez osiem dni w miesiącu pracujemy więc do godz. 20 – mówi rezydent chirurgii ogólnej. – Jak tak dalej pójdzie, koledzy, którzy dopiero zaczynają specjalizację, nie spędzą w szpitalu ani jednej nocy. A przez to należycie nie nauczą się zawodu, ponieważ to właśnie w nocy, kiedy jest mniej specjalistów i osób do pomocy, młody lekarz ma szansę działać samodzielnie, czyli tak, jak będzie postępował jako specjalista – dodaje młody lekarz.

Podobnie jest w szpitalach w całym kraju, również w dużych placówkach klinicznych.

– Po wejściu podwyżek przestaliśmy dostawać dyżury nocne. A jak nauczyć się anestezjologii i intensywnej terapii od godz. 8 do 15.35? Na rezydenturze jest nas dużo i za dnia trudno się czasem dopchać do pacjenta. W nocy, kiedy jest mniej personelu, mamy szansę się wykazać. Mam wrażenie, że pozostała część mojej rezydentury będzie fikcją i fachu będę się uczył już jako specjalista. Ze szkodą dla pacjentów – mówi młody anestezjolog z północy Polski.

Jego obawy rozumie internista z południa kraju. Nie ujawnia nazwiska w obawie przed krytyką młodych lekarzy:

– Nasze pokolenie w szpitalu spędziło pół życia i choć przez kilka lat wysypiałem się tylko na urlopie, naprawdę nauczyłem się samodzielności. A podczas normalnego dnia pracy rezydent wszystkie decyzje konsultuje ze specjalistą, który za niego odpowiada – tłumaczy. Dodaje, że krzywdzący dla rezydentów system, w którym dyrektor obsadza rezydentami pięciogodzinne półdyżury do godz. 20, a na noc zatrudnia specjalistę, może mu się opłacać: – Specjaliście nie płaci wtedy za cały dyżur, tylko za czas od 20.00. Zyskuje podwójnie – zauważa.

Nie dziwi się jednak dyrektorom, którzy ucinają dyżury rezydentom. Bo chociaż podwyżki – o 600 zł dla rezydentów specjalizacji zwykłych (np. dermatologii) i o 700 zł przy specjalizacji priorytetowej (np. patomorfologia, psychiatria) – finansuje ministerstwo, na szpitale spada koszt pochodnych, które stanowią przeciętnie 40 proc. kwoty podwyżki. – Dla dużych szpitali uniwersyteckich to wydatek kilkudziesięciu milionów rocznie. Nic dziwnego, że nie chcą płacić rezydentom za dodatkowe dyżury – dodaje.

Nie drażnić specjalistów

Zdaniem części ekspertów, dyrektorzy nie obsadzają dyżurów rezydentami ze strachu przed specjalistami.

– Po ministerialnych podwyżkach doświadczeni specjaliści na kontrakcie dostają za dyżury mniej niż rezydenci. Żeby nie kłuć ich w oczy lepiej zarabiającymi żółtodziobami, wolą pozbawić ich dyżurów. Stawką jest w końcu budżet szpitala – mówi jeden z nich.

Opinia dla „Rzeczpospolitej"

gen. prof. Grzegorz Gielerak - kardiolog, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego

W pewnym sensie rezydenci padli ofiarą własnego „sukcesu". Ministerialne podwyżki pensji spowodowały, że wzrosły pochodne od wynagrodzenia, m.in. stawki za dyżury. A 40 proc. pochodnych szpital musi zapłacić z własnego budżetu. To sprawiło, że niektórym placówkom przestało się opłacać przydzielać im dyżury, a w przyszłości mogą nawet rezygnować z zatrudniania rezydentów. Dyżur specjalisty jest wprawdzie droższy, ale dyrektor placówki ma gwarancję jakości i bezpieczeństwa pacjenta. Tracą na tym rezydenci, bo popołudniami nie da się nauczyć zawodu. System amerykański zakłada, że rezydent przez pięć lat praktycznie nie wychodzi ze szpitala, a jego jedynym prawem jest prawo do nauki. Tylko wtedy ma szansę zobaczyć wszystko i poznać technikę każdej procedury.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA