fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Krzyżak: Loty VIP-ów: skończmy wreszcie z fikcją

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Gorąco zrobiło się na linii rząd – dziennikarze. Wszystko za sprawą tekstu Zbigniewa Parafianowicza z „Dziennika Gazety Prawnej”, który przed kilkoma dniami opisał zamieszanie związane z powrotem polskiej delegacji rządowej i towarzyszących im dziennikarzy z Londynu. W telegraficznym skrócie.

1. Do Londynu delegacja poleciała dwoma samolotami. Premier i towarzyszący jej ministrowie czarterowanym od LOT embraerem, dziennikarze wojskową CASĄ. Przed powrotem do Polski okazało się, że CASA wyleci sześć godzin później niż embraer. Wedle relacji Michała Karnowskiego z portalu polityce.pl, który był w korpusie prasowym „wskutek splotu okoliczności technicznych i prawnych załoga wojskowej CASY (…) musiała odpoczywać aż do godziny 3 w nocy”.

2. Ponieważ w samolocie rządowym były wolne miejsca ktoś zdecydował o tym, by dziennikarze lecieli razem z panią premier. Okazało się jednak, że samolot jest źle wyważony i część osób musi wysiąść, by poczekać na CASĘ. Nikomu nic się nie stało, choć pakowanie kilku ministrów do jednego samolotu z panią premier wydaje się nierozsądne. Opozycja grzmi, że złamano zasady bezpieczeństwa. Rząd odpiera zarzuty, a Antoni Macierewicz mówi o dezinformacji. Tylko środowisko dziennikarskie nie wiadomo dlaczego zamilkło.

Tymczasem trzeba sobie jasno powiedzieć, że organizacja wizyt zagranicznych najważniejszych osób w państwie pozostawia wiele do życzenia. Dziennikarze uczestniczący w nich doskonale wiedzą o tym, że wiele spraw załatwianych jest na ostatnią chwilę i podczas podróży panuje chaos – niemal do ostatniego momentu nikt nic nie wie. Można odnieść wrażenie, że hasło naczelne brzmi: „jakoś to będzie”. Jako dziennikarze machamy na to ręką i traktujemy jako pewną specyfikę tej pracy. Tyle tylko, że nie powinno tak być. Dość wspomnieć, że zagraniczne wizyty prezydenta USA przygotowywane są z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i wszystko jest pozapinane na ostatni guzik.

W maju tego roku miałem przyjemność uczestniczyć w dwudniowym wyjeździe premier Beaty Szydło do Watykanu. Delegacja była niewielka, więc lecieliśmy jednym samolotem. Część bagaży nie zmieściła się jednak na pokład samolotu i trzeba je było upchnąć w luku bagażowym. Samolot lądował na wojskowej części rzymskiego lotniska Ciampino. Tam czekały już limuzyny, busy dla dziennikarzy oraz policja. Okazało się jednak, że bagaże wsadzone w Warszawie do luku bagażowego… zaginęły. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Po kilku minutach bezradnego oczekiwania całą delegację zapakowano do samochodów i w policyjnej eskorcie ruszyła ona do Rzymu. Dziennikarze otrzymali informację, że bagaże – jeśli zostały w Warszawie – dolecą jakimś rejsowym samolotem. W drodze do centrum okazało się, że bagaże jednak do Rzymu przyleciały. Okazało się, że włoska obsługa lotniska nie sprawdziła samolotu. Nikomu nie przyszło do głowy, by zapytać załogę. Nie zrobili tego ani „opiekunowie” delegacji, ani czekający na lotnisku pracownicy polskiej ambasady. Przyjęli na słowo zapewnienia Włochów, że samolot jest pusty.

Tu nie koniec niespodzianek. Okazało się bowiem, że dziennikarze muszą sami wrócić na lotnisko po swoje bagaże. Trudno, czasem się tak zdarza. Problem w tym, że w popołudniowych korkach bus – już bez policyjnej eskorty – wracał na Ciampino półtorej godziny. W międzyczasie wojskową część lotniska zamknięto – obsługa zakończyła zmianę i poszła do domu. Odnalezione walizki przewieziono wózkami do części cywilnej i zostawiono pod opieką załogi rządowego samolotu! Nie chciałbym po raz drugi w życiu oglądać twarzy kapitana polskiego embraera. Nie chciałbym ponownie słyszeć tych słów, które wówczas padły. Były mocne i nie nadają się do zacytowania. Bogu ducha winny kapitan wraz z drugim pilotem i stewardesami przez ponad trzy godziny pilnowali bowiem cudzych bagaży. W czasie, który powinni poświęcać na odpoczynek!

Przemilczę, że w dalszej części wizyty właściwie do końca nic nie było wiadomo na sto procent. „Watykańskie służby” – polscy urzędnicy najczęściej bezradnie rozkładali ręce i winę za brak informacji zwalali na zagranicznych partnerów.

To w sumie niewinne, być może humorystyczne, i może incydentalne, zdarzenie pokazuje jednak, że bałagan przy organizacji wizyt zagranicznych jest. Rozumiem, że nie wszystko da się do końca przewidzieć, ale niestety czasem wygląda to tak, że odpowiedzialni za wizyty podchodzą do tego mniej więcej tak: lecimy, a na miejscu opracujemy jakiś plan. Mniej lub bardziej precyzyjny. Innymi słowy: prowizorka i bylejakość.

I tak trwa to od lat. Nie zaczęło się za rządów PiS, na porządku dziennym było także za czasów Platformy. Tej, której politycy strasznie głośno dziś krzyczą o łamaniu procedur bezpieczeństwa. Problem w tym, że nikt z tego nie wyciąga wniosków. Politycy udają, że wszystko jest w porządku. Dziennikarze zaś milczą, bo boją się, że jak pisną słowo, to gdy premier będzie leciała gdzieś za granicę, akurat dla nich miejsc w samolocie nie wystarczy. Tymczasem nie ma co chować głowy w piasek, nie ma się co wzajemnie na siebie obrażać i oskarżać o Bóg wie co, tylko wreszcie skończyć z fikcją i temat organizacji wizyt zagranicznych raz na zawsze uporządkować.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA