fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Artur Becker: Patriotyzm i zdrada

Odwołanie Marka Prawdy z Brukseli to kolejny błąd ministra spraw zagranicznych.

Powoli można pogubić się w wyliczaniu błędów Witolda Waszczykowskiego, ponieważ zbyt wiele było już niejednoznacznych decyzji, niezręcznych wypowiedzi lub idiosynkratycznych ocen, które wyszły z kuźni dyplomatycznej ministra. Niestety, na Zachodzie nikt nie jest w stanie wyłapać i zrozumieć tej niefortunnej aluzji zawartej w wypowiedzi Waszczykowskiego, odnoszącej się do odchodzenia nowej ekipy rządzącej od domniemanej służalczości wobec USA, czyli od „murzyńskości”. Określenie to nie funkcjonowało w debacie publicznej, ponieważ jak wiadomo, Radosław Sikorski użył go w prywatnej, nielegalnie nagranej rozmowie w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. 

Każdy obcokrajowiec czytając na swoim tablecie newsy przy porannej kawie, zacznie więc znowu kręcić głową i pomyśli: „Murzyńskość? Co? No tak, w Polsce rasizmu ciąg dalszy…”.

A można takich nieporozumień uniknąć. Wystarczyłoby zmienić retorykę, bo przecież partyjnej ideologii nie da się nijak zmienić. Figury retoryczne natomiast - jak najbardziej. Poza tym: nie kopie się leżącego… Sęk jednakże również w tym, że trudno oczywiście o wyważone słowa, jeżeli ktoś śni o potędze, o mocarstwowości i silnym państwie, tak jak PiS… Wtedy język musi być patriarchalny, co w „zachodnich uszach” brzmi jak totalny anachronizm.

 

Innymi słowy: byłoby dużo lepiej i zręczniej, gdyby dyplomacja z najwyższej półki przypominała choć trochę dialogi z powieści Dostojewskiego. Zabójca Raskolnikow i sędzia śledczy Porfiry Pietrowicz znają przecież prawdę, wiedzą, co się stało, kto jest winny, zdają sobie też sprawę z tego, jak trudno jest udowodnić winę mordercy, a mimo wszystko tego tematu nie poruszają. Ich dyskusja staje się uniwersalnym i filozoficznym traktatem o moralności i idee fixe, choć jest prowadzona w kontekście konkretnej sytuacji. To prawdziwa debata intelektualna i psychologiczna, jednak na najwyższym poziomie, gdzie każdy chwyt intelektu jest dozwolony, a pomimo wszystko nie wskazuje się palcem winnego. 

Nie zapomnę nigdy mojej pierwszej rozmowy z Markiem Prawdą. Miała ona miejsce, kiedy był on ambasadorem Polski w Niemczech. Służba nie drużba – ówczesny ambasador w Berlinie nie był w stanie poświęcić mi zbyt wiele czasu, ale rozmowa przy dwóch filiżankach kawy jest w stanie czasem więcej dać, niż wielogodzinne debaty przy butelce wina. Rozmawialiśmy wtedy o Karlu Popperze, Zygmuncie Baumanie, rozmawialiśmy o moich książkach, ale tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego – o społeczeństwo obywatelskie w Polsce – jakie ono jest, w szczególności po transformacji 1989 roku. Nie czułem niedosytu i nie miałem także wrażenia, że nie powiedzieliśmy sobie prawdy wprost. Wręcz przeciwnie: wiedzieliśmy dokładnie, o czym rozmawiamy i że ten trudny eksperyment transformacji odniósł pewne zauważalne sukcesy, ale że to jeszcze nie koniec. Społeczeństwo obywatelskie właśnie dojrzewało na naszych oczach i jeszcze wiele przeszkód przed nim stało. Takie mieliśmy odczucia, w sumie dość pozytywne. 

Dziś widzę – patrząc z perspektywy wielu lat – jak bardzo ostrożni byliśmy w naszej ocenie. Duma z pewnych sukcesów polskiej transformacji nie przyćmiła naszych krytycznych umysłów. I właśnie ten dystans do historii i polityki, ale jednocześnie troska o kraj ojczysty, zdawały mi się być dobrą mieszanką dla dyplomaty, co Marek Prawda dowiódł podczas tego krótkiego spotkania. Nie będę tu teraz rozpisywał się na temat pochwał, jakie otrzymywał Prawda w czasie swojego dyplomatycznego urzędowania w Niemczech. Wystarczy, że tylko o tym wspomnę. A skrajnych prawicowców przestrzegam przed używaniem takich słów jak: zdrajca, sprzedawczyk, sługus Merkel itp., itd., tym bardziej, że Targowiczanie byli konserwatywni i po katolicku bogobojni, czego nie piszę z ironią, ponieważ jestem ateistą. Niech im ziemia lekką będzie, a nawet niebo…  

Marek Prawda jest więc jedną z wielu ofiar czystki, którą przeprowadza nowy rząd. Jest on dobrym fachowcem w swoim zawodzie, poradzi sobie wszędzie, też na nowym stanowisku w Warszawie. Ale co zrobić z młodymi ludźmi, którym grozi zwolnienie z pracy? Z PZU lub ZUS-u na przykład? Jeżeli ktoś urodził się w 1986 roku, to nie mógł zostać „Bolkiem”, a w czasach PO dopiero co wkraczał po studiach w życie zawodowe, nie mógł więc „dorwać się do koryta, żeby doić Polskę”, jak twierdzi prawica. Niestety takich młodych ludzi, którzy stracą pracę lub już ją stracili, jest w Polsce dużo, ponieważ podejrzewa się ich o zdradę: ideologiczną, patriotyczną, ekonomiczną itd., itp. A często są to naprawdę uzdolnieni fachowcy.  

Patriotyzm i zdrada – piękna para, niby rodem z raju, bo czyż wygnanie z Edenu nie jest karą dla zdrajców ojczyzny, czyli rajskiego ogrodu? I tu nasuwa się fundamentalne pytanie, które obecnie zadaje sobie „Zachód” właśnie: czy w Polsce chodzi  przede wszystkim o rewolucję ideologiczną, czyli o zarządzanie patriotyzmem i zdradą? I wynikające z niego kolejne pytanie: jeżeli tak, to czy ciągłe odwoływanie się obecnego rządu do demokracji nie jest tylko i wyłącznie efektownym kamuflażem? Demokratycznie wybrany rząd powinien zająć się przecież rządzeniem krajem i polityką zagraniczną, a nie pouczaniem i moralizatorstwem, również sąsiadów i zagranicznych partnerów.

Przypomnijmy sobie rządy Tony’go Blaira. Do dziś nie zostawia się na nim suchej nitki – krytyka jest wręcz miażdżąca (podobnie zresztą jak w przypadku Gerharda Schrödera w Niemczech). Ale jakoś nikt nie próbował przeprowadzić w Wielkiej Brytanii czy też właśnie w Niemczech moralnej i politycznej czystki. Po wygranych wyborach nikt nie próbował wyleczyć świata raz na zawsze z pewnych chorób i wypaczeń.

I jeżeli w pewnych kręgach wraca się do traumy smoleńskiej jak do grobu Agamemnona lub Leonidasa – to co musieliby tak naprawdę zrobić Amerykanie po 11 września?

Te dręczące pytania są święte. Zarówno w Polsce, jak i na Zachodzie. Niemniej jednak pokazują też, że instytucje rządowe na Zachodzie to przysłowiowe „święte krowy” – są w pewnym sensie nietykalne. I wszelkiego rodzaju polityczne gry i manipulacje, w obrębie takich instytucji jak na przykład Trybunał Konstytucyjny, postrzegane są na Zachodzie jako ewidentny objaw niedojrzałości demokratycznej, bo tak dosadnie i jednoznacznie trzeba to nazwać.

Pisałem już w moich wcześniejszych listach z Niemiec, iż główną chorobą naszych współczesnych czasów jest redukcjonizm. Ciągłe obwinianie Angeli Merkel i jej polityki uchodźczej za zamachy terrorystyczne, tak jak chce tego niemiecka lub polska skrajna prawica, jest właśnie takim fatalnym redukcjonizmem. W Niemczech mieszka na stałe 8,2 miliona obcokrajowców i nie zostali oni przywiezieni przez kanclerz Merkel. Bynajmniej. Nie wymyśliła ona też exodusu, który czeka nas w XXI wieku, a który właśnie się rozpoczął. Miliard ludzi głoduje na Ziemi dzień w dzień, a wędrówka ludów, właśnie z Trzeciego Świata, nie zakończy się przez zamykanie granic, przez izolację. Musimy wprowadzać nowe technologie, nowe energie, nowe systemy ekonomiczne i socjalne – inaczej nie poradzimy sobie z przeludnieniem i głodem. To temat rzeka i nie na ten krótki list.
Dodam tylko jeszcze: redukcjonizm w polityce jest bardzo niebezpieczny – to pierwszy krok do faszyzmu, ponieważ szybko znajdzie się winnych, szybko znajdzie się spisek przeciwko własnemu krajowi.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA