fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Hartowanie pod koszem

Marcin Balcerowski (nr 12) jest podporą reprezentacji w „koszykówce chodzonej”
BEAUTIFUL SPORTS
To chyba najbardziej niezwykła para koszykarska na świecie: ojciec i syn grają w reprezentacjach Polski. Jeden właśnie walczył w mistrzostwach Europy, a drugi w mistrzostwach świata.

Zdarzają się rodzeństwa, zdarzają się małżeństwa, które uprawiają sport na najwyższym poziomie. W reprezentacji Grecji na mistrzostwach świata wystąpili Giannis i Thanasis Antetokounmpo – pierwszy został nawet wybrany na MVP ostatniego sezonu NBA. Także historie, w których rodzic-trener prowadzi dziecko-sportowca do najwyższych laurów, są dość powszechne. Ojciec i syn w tym samym czasie grający w kadrze to jednak wyjątek: Marcin Balcerowski jest reprezentantem Polski w koszykówce na wózkach, a jego syn Aleksander z drużyną Mike'a Taylora występował na mundialu w Chinach, czyli jak mówią wózkowicze, gra w koszykówkę chodzoną.

– Nic mi nie wiadomo o tym, żeby w „normalną" koszykówkę ojciec i syn grali w tym samym czasie w reprezentacji kraju. W koszykówce na wózkach jest tak, że mając 42 lata, jeszcze mogę grać na wysokim poziomie – mówi „Rz" Marcin Balcerowski.

Sam był zawodnikiem ligowym, występował w koszykarskiej drużynie Górnika Wałbrzych. Ale karierę w wieku 21 lat przerwał wypadek. Balcerowski senior wspomina, że wtedy dziewczyna, a dzisiaj żona, pomogła mu przejść przez najtrudniejszy okres. A koszykówka? Pomogła wrócić do normalnego życia, była formą rehabilitacji.

Wózek ratuje życie

– Świat się wywraca do góry nogami, a sport to była dla mnie naturalna droga. Kolega grał w drużynie, zadzwonił, zaproponował, żebym dołączył. Na pierwszym treningu było ciężko, bo przez półtora roku nie robiłem nic, siedziałem w domu. A koszykówka na wózkach pomogła mi w rehabilitacji, w dojściu do siebie. Zaczęły się wyjazdy, a to zmusiło mnie do większej samodzielności. W domu we wszystkim wyręczała mnie dziewczyna albo rodzice. Miałem problem, żeby włożyć skarpetki albo zawiązać buty. Sport jest lepszy niż turnusy rehabilitacyjne, hartuje – mówi Marcin Balcerowski.

19-letni Aleksander Balcerowski (nr 2) był najmłodszym uczestnikiem mistrzostw świata w Chinach
AFP

Ciało to nie wszystko, bo sport, przebywanie w grupie ludzi z takimi samymi problemami pomogło też wyczyścić głowę. Ampfutboliści żartują z siebie, często promują hasło „Jedną nogą w finale". Tutaj było podobnie, były żarty, które w innych okolicznościach ktoś mógłby uznać za niestosowne, ale skoro opowiadają je sami wózkowicze, to śmiech jest jak najbardziej na miejscu.

Życie wciąż piękne

– To mi pomogło, zobaczyłem, że są tacy ludzie, jak ja. Kiedy byłem pełnosprawny, to nie widziałem dużo ludzi na wózkach, ale to były lata 90. Teraz sam jestem w tej grupie. Wiele się zmieniło – mówi reprezentant Polski w koszykówce na wózkach.

Zdobył tak mocną pozycję, że przez wiele lat występował za granicą. Jest zawodowcem, a w Polsce z koszykówki na wózkach nie sposób się utrzymywać. Występuje w zespole z Hamburga, gdzie na mecze przychodzi regularnie pod 200–300 kibiców, a są takie hale, jak choćby u wicemistrza Niemiec, zespołu Rsv Lahn-Dill, gdzie nierzadko na trybunach pojawia się ponad tysiąc fanów, którzy płacą za bilety. Panuje rodzinna atmosfera, jest catering, który przygotowują kluby.

W Niemczech koszykówka na wózkach jest bardzo popularna. Zrzeszonych jest około 3000 zawodników (w Polsce około 200). Reprezentacja Polski nie odstaje od niemieckiej, ale tam ciągle pojawiają się nowi zawodnicy. W kadrze biało-czerwonych takiej wymiany pokoleniowej nie ma. Sam Marcin Balcerowski zapowiada, że mistrzostwa Europy w Wałbrzychu były ostatnimi w jego karierze. Chciałby więcej czasu poświęcić dorastającej córce i rozwijającej się karierze syna.

Hiszpan miał nosa

Obaj z synem tego lata trenowali w tym samym miejscu na zgrupowaniach. Reprezentacja Mike'a Taylora z Olkiem w składzie od lat spotyka się w Wałbrzychu na początku przygotowań. Koszykarze na wózkach też tam ćwiczyli, a później w tym mieście grali w mistrzostwach Europy.

To nie są częste okazje. Ojciec gra w klubie w Hamburgu, a syn już w wieku 13 lat wyjechał do Hiszpanii, gdzie uczy się koszykówki na najwyższym poziomie. – Olek skończył wcześniej sezon. Już w czerwcu przyjechał do nas. Podjęliśmy decyzję, że nie będzie grał w mistrzostwach Europy U20. Chcieliśmy, żeby naładował akumulatory, pobył w domu, przecież rok temu grał na turnieju U18. On potrzebował i my potrzebowaliśmy, żeby pobyć z nim. W ciągu roku jesteśmy u niego raz na Gran Canarii: albo na święta, albo w maju – mówi „Rz" ojciec najmłodszego uczestnika MŚ w Chinach.

O takie talenty walczy się nie tylko w piłce nożnej. Koszykarscy skauci też przemierzają świat, śledzą rozgrywki młodzieżowe.

– Olek grał z Górnikiem na ćwierćfinałach mistrzostw Polski. Skaut z Hiszpanii przeglądał statystyki, zobaczył, że Olek ma dużo zbiórek i dwa metry wzrostu. Napisał do żony, czy mógłby zobaczyć jakieś wideo. Potem przyjechał do Polski, bo chciał zobaczyć syna na żywo, więc zorganizowaliśmy trening. Pierwszy był Real Madryt. Pojechaliśmy do Hiszpanii, ale zajęcia pokazowe odbyliśmy rano, po całym dniu podróży w upale. Sewilla chciała podpisać kontrakt, ale oferowali zbyt długą umowę. Ostatecznie trafiliśmy do Gran Canarii – mówi Marcin Balcerowski.

To nie było na pewno łatwe rozstanie i dla rodziców, i dla syna, ale w Europie najlepiej w koszykówkę grają Hiszpanie, więc jeśli pojawiła się szansa wyjazdu, i to do silnego klubu, z dobrą akademią, to warto było skorzystać. – Cały czas byłem tam sam i tylko na święta i na wakacje jeździłem do rodziców. Mieszkałem w rezydencji, z innymi zawodnikami, młodszymi, poniżej 18. roku życia. Na początku ciężko było z językiem, szkołą, zaadaptowaniem się, nawet do innego klimatu, ale musiałem to zrobić. Na szczęście znałem angielski. Nauczyłem się też hiszpańskiego. Były też inne opcje, ale postawiliśmy na Gran Canarię, bo to była najlepsza opcja. W Sewilli wymagali podpisania za długiego kontraktu – mówi „Rz" Olek Balcerowski.

Koszykarskie geny

Co ciekawe, chociaż tato i mama grali w koszykówkę, to ten sport wcale nie był pierwszym wyborem. Zaczęło się od pływania, ale jak przyznaje sam reprezentant Polski, skoro tato grał, to on też chciał spróbować. – Nie od początku szło mi dobrze, ale zawsze byłem najwyższy w grupie. Może raz się zdarzyło, że ktoś był wyższy – wspomina Olek Balcerowski.

Właśnie wzrost (w butach to nawet 2,20 metra) połączony ze sprawnością i umiejętnością rzutu z dystansu to atuty, dzięki którym młody reprezentant Polski może się dostać do NBA. Kluby z najlepszej ligi świata szukają takich zawodników, a skojarzenia z Dirkiem Nowitzkim czy Kristapsem Porzingisem nasuwają się same. Chyba nie ma drużyny w NBA, która nie śledziłaby jego postępów, ale na szczęście Olek zachowuje chłodną głowę. – Nie mam profilu na Twitterze, a to głównie tam pojawiają się takie informacje. Staram się o tym nie myśleć. Zgłosiłem się w tym roku do draftu NBA, ale wycofałem się, bo uznałem, że jeszcze nie jestem gotowy.

Jego kariera i tak rozwija się wręcz modelowo. Już gra w bardzo silnej lidze hiszpańskiej, występował w Eurolidze. W tym sezonie ma dostawać więcej szans pokazania się na parkiecie. Jego wsad z meczu z reprezentacją USA na mistrzostwach świata na pewno został zauważony. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za kilka lat polscy kibice będą mogli oglądać kolejnego rodaka na parkietach NBA.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA