fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Uśmiechnięty Kawhi Leonard

Kawhi Leonard zdobył drugie mistrzostwo NBA (pierwsze w 2014 r. w San Antonio) i po raz drugi został MVP finałów
AFP
Kanada oszalała ze szczęścia, po tym jak Toronto Raptors zostali mistrzami NBA. Kawhi Leonard grał tak, jak kiedyś Michael Jordan.

Dominacja Golden State Warriors miała trwać jeszcze długo, drużyna zbudowana z gwiazd wydawała się być poza zasięgiem rywali. Porównywani do Boston Celtics lat 60. albo Chicago Bulls lat 90. nie dali jednak rady Raptors, którzy zostali założeni zaledwie w 1995 r.

Kanada oszalała

Ich powstanie (oraz Vancouver Grizzlies, po których pozostał tylko szyld – klub przeniósł się do Memphis) oznaczało ekspansję NBA na Kanadę. Dzisiaj można ją oceniać jako udaną. Kraj właśnie ogarnęło koszykarskie szaleństwo, chociaż Toronto to najmniej kanadyjskie z tamtejszych miast.

W poprzednich latach Raptors grali świetnie w rundzie zasadniczej, ale odpadali w play-offs, gdzie ich prześladowcą stał się LeBron James i jego Cleveland Cavaliers. Bez LeBrona, który przeniósł się do Konferencji Zachodniej, było im łatwiej, ale to nie znaczy, że łatwo: w drodze do finału, nie licząc słabych Orlando Magic, musieli pokonać Filadelfię 76-ers i Milwaukee Bucks – te drużyny też miały mistrzowskie aspiracje.

Przed sezonem doszło w Raptors do ważnych zmian: pracę stracił Dwane Casey, najlepszy trener poprzedniego sezonu, a największy gwiazdor i symbol klubu z Kanady DeMar DeRozan musiał odejść, by zrobić miejsce dla Kawhi Leonarda.

Wydawało się, że Leonard to taki typ zawodnika, który całą karierę spędzi w jednym klubie. W San Antonio Spurs wraz z rządzącym twardą ręką trenerem Greggiem Popovichem stanowili zgrany duet. W 2014 r. cieszyli się z mistrzostwa NBA, a Leonard został uznany za MVP finałów. W ubiegłym sezonie coś się jednak popsuło. Leczył kontuzję, przerwa w grze przedłużała się w nieskończoność, aż wreszcie stało się jasne, że gwiazdor nie chce już grać dla Spurs. Klub zrobił wszystko, żeby nie trafił do którejś z silnych drużyn Konferencji Zachodniej. Wyekspediowano go geograficznie na daleką północ, ale jeśli chodzi o konferencję, to na Wschód – do zimnego Toronto.

– Leonard to gracz wyjątkowy. Nie pamiętam żadnej rozmowy z nim, nie pamiętam, jak brzmi jego głos – mówił ESPN jego trener z czasów, kiedy był introwertycznym nastolatkiem. Rzadko się śmieje, stroni od wywiadów, nie udzielają się mu emocje. Kiedy już stało się jasne, że Toronto zdetronizowało dotychczasowych mistrzów, uniósł ręce w geście triumfu i wreszcie uśmiechnął się szeroko. Na bardziej spontaniczną reakcję pozwolił sobie po zwycięskim rzucie w decydującym o awansie, siódmym meczu z Filadelfią. Nim piłka wpadła do kosza, równo z końcową syreną, cztery razy odbiła się od obręczy. Ten rzut już przeszedł do historii. Kto chce sobie przypomnieć Michaela Jordana, powinien oglądać Leonarda. Nie chodzi o zdobywanie punktów, raczej o styl gry. Grację, z jaką się porusza i instynkt zabójcy, który pokazuje w decydujących fragmentach meczów.

Bez presji na parkiecie

– Za dużo w życiu przeszedłem, by czuć presję na parkiecie – powiedział niedawno. Pewnie miał na myśli śmierć ojca, zastrzelonego w 2008 r. przed myjnią samochodową, którą prowadził. Nikt nigdy nie musiał go gonić na trening, zaczyna pierwszy, kończy ostatni. Tak samo było z Jordanem.

Ale Raptors to nie tylko Leonard. Rozgrywający Kyle Lowry, kataloński środkowy Marc Gasol (mistrzowski pierścień nosi również jego brat Pau Gasol – to pierwszy taki przypadek w historii NBA) i jego kolega z reprezentacji Hiszpanii, twardo walczący pod koszami Serge Ibaka, bohater szóstego meczu (i nie tylko) Kameruńczyk Pascal Siakam czy rewelacyjny w rzutach za trzy Fred VanVleet. Na szczyt zaprowadził ich trener debiutant Nick Nurse. I jeszcze jeden ważny człowiek: generalny menedżer Masai Ujiri, który zbudował tę drużynę wokół Leonarda, a – wbrew pozorom – ryzykował bardzo dużo.

Nie wiadomo, czy Leonard zdecyduje się pozostać w Raptors, o co teraz modlą się kibice z Kanady, ale biorąc pod uwagę, że tam się odbudował i – co podkreśla – mógł liczyć na wielką pomoc ze strony klubu, a teraz może liczyć na wielkie pieniądze, wydaje się to prawdopodobne. Jest trzecim zawodnikiem w historii, który zdobył tytuł najlepszego gracza finałów NBA w dwóch różnych drużynach. Dwaj pozostali to Kareem Abdul-Jabbar (Milwaukee i Lakers) i LeBron James (Cavaliers i Miami Heat).

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA