fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Marcin Gortat: 14 milionów dolarów na drogę

Marcin Gortat
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Marcin Gortat o NBA jako wielkim biznesie, rozmowach z Golden State Warriors i o tym, dlaczego nie pojedzie do Chin.

Odbiera pan jeszcze telefony z klubów NBA?

Odbieram, nawet jeszcze w piątek dzwonili do mnie Boston Celtics. Podjąłem jednak decyzję, że obecny sezon już odpuszczam, przesiedzę go do końca jako nieaktywny zawodnik. Nałożyły się na to również pewne sprawy osobiste. Z perspektywy czasu widzę, że to rozsądna decyzja.

Nie ma sensu brać pierwszej lepszej oferty?

Trzeba zacząć od tego, że wszystkie propozycje, które dostaję, sprowadzają się do tego, że miałbym być uzupełnieniem składu, a taka rola mnie nie interesuje. Zmienianie całego otoczenia, miejsca zamieszkania, przesyłanie rzeczy na dwa, trzy tygodnie gry, nawet w fazie play-off, gdy miałbym być 15. zawodnikiem, jest dla mnie mało atrakcyjne. Bardzo ciężko złapać wtedy kontakt z zespołem, z nowymi zawodnikami. Wskoczenie na trzy tygodnie jest bardzo trudne. Nie czułbym się z tym dobrze.

Z tych powodów nie zdecydował się pan na podpisanie kontraktu z Milwaukee Bucks i Toronto Raptors, które będą walczyć o wejście do finału NBA?

W tej sytuacji nałożyły się różne rzeczy. Jeden klub oczekiwał ode mnie szybkiej deklaracji, a ja nie mogłem tak błyskawicznie podjąć decyzji. Drugiej oferty nie przyjąłem z powodów prywatnych. W jeszcze innym klubie byłbym 15. zawodnikiem, a czasami nie przebierałbym się nawet na mecze, a to nie jest interesująca propozycja. Wolę spędzić czas w domu, niż siedzieć w drugim rzędzie, za ławką rezerwowych.

Lepiej trochę odpocząć z myślą o nowym sezonie?

Trzeba pamiętać, że mam już 35 lat. W Clippersach raz grałem lepiej, raz gorzej, ale w spotkaniach z Phoenix Suns czy z Orlando Magic podczas „Polskiej nocy" zagrałem po 20 minut i uzyskałem wtedy double-double (co najmniej 10 punktów i zbiórek – red.), czyli na swoim normalnym poziomie. Gdybym dostawał regularnie tyle minut we wszystkich meczach, to dalej byłbym zawodnikiem na poziomie double-double. Wiem i czuję, że tak mogę grać. Jednak to, co ja czuję, chcę i co mi się wydaje, nie znaczy wiele w porównaniu z tym, jakie pomysły mają drużyny i ich generalni menedżerowie. Mam już swoje lata, grając w Clippersach miałem sezon taki, a nie inny, a do tego doszły jeszcze normalne urazy, lekki ból kolana, problem z biodrem, z plecami. Wszyscy mówią „Polish Machine", „Polish Hammer", ale warto pamiętać, że od 15 lat nie opuściłem spotkania, brałem udział w każdym treningu. Przez 12 sezonów w NBA mam rozegranych tyle meczów, ile niektórzy zawodnicy przez 15–16 sezonów. Mam przebieg weterana z 15-letnim stażem. Do tego dołóżmy mecze kadry, moje aktywności w fundacji, moje letnie campy i mamy człowieka, który jest już trochę przeorany przez sport.

Propozycji było dużo, ale od samego początku wyglądało, że czeka pan na telefon z Golden State Warriors. Tak było?

Widziałem siebie w tej drużynie, co nie znaczy, że miałem klapki na oczach. Czemu tam chciałem trafić? Jeśli wszyscy będą zdrowi, to Warriors zdobędą mistrzostwo i nie ma nikogo, kto mógłby im zagrozić w serii do czterech zwycięstw.

Świetnie w tym sezonie grają Milwaukee Bucks, błyszczy ich gwiazda Giannis Antetokounmpo.

Będę mu kibicował, ale Warriors są nie do pokonania. Wydawało mi się, że moim stylem gry idealnie pasowałbym do składu Golden State, ale oni podjęli inną decyzję. Zresztą od samego początku ludzie z Golden State uprzedzali nas, że tak właśnie postąpią. Dlatego rozważaliśmy inne opcje. Byłem bardzo blisko podpisania kontraktu z inną drużyną Konferencji Zachodniej, ale na koniec uznaliśmy, że to nie ma sensu.

Warriors od początku mówili, że chcą ściągnąć Andrew Boguta, który kiedyś u nich grał...

Na początku twierdzili, że nie potrzebują wzmocnień nie tylko pod koszem, ale też na obwodzie. Tydzień po weekendzie All Stars zmienili zdanie i powiedzieli, że wysokiego zawodnika już mają, ale będą brali też „małego". Stwierdzili jednak, że nie jestem w kręgu ich zainteresowań. To było dla mnie pouczające.

Dlaczego?

Potrzebowałem kilku tygodni takiego spojrzenia z boku na NBA. Te dwa tygodnie pokazały mi, na czym NBA polega od strony, z której ligi tej nie znałem. Clippers wykupili mój kontrakt, dostałem całe należne pieniądze i mogłem iść do nowej pracy, więc nie zostałem zwolniony, bo podejrzewam, że każdy chciałby w ten sposób odejść. Przez 12 lat gry w NBA byłem jedynie wymieniany, a nigdy wykupiony. Tamtą procedurę znałem. Przy tej okazji mogłem się przekonać, jak wielkim biznesem jest NBA. Tam potrafią powiedzieć: weź swoje 14 mln dol. i idź robić, co chcesz, bo my budujemy inną przyszłość. To czysty biznes: przekraczasz granicę 32, 33, 34 lat i zostajesz odsunięty na bok.

Ale kariery się wydłużają: Vince Carter ma ponad 40 lat, podobnie Dirk Nowitzki. Pau Gasol gra jeszcze w wieku 38 lat. Pana styl gry nie opiera się na bieganiu i dynamice...

Ci koszykarze są żywymi legendami. Nie mogę być stawiany w jednym rzędzie z nimi. Mówimy o Carterze, który zdobył ponad 20 tys. punktów, Nowitzkim, który zdobył 30 tys. punktów, a Gasol ma na koncie dwa mistrzostwa. Dirk jeszcze dwa lata temu grał za 10–15 milionów rocznie, ale z kolei Carter od wielu lat gra za minimum dla weterana. Jestem pełen podziwu dla tego, co robi, bo ja nie męczyłbym się tak za minimalne, gwarantowane pieniądze. Moje ciało dostaje teraz takie baty, że jeżeli w wieku 40 lat musiałbym zaczynać dzień od 20 minut ćwiczeń korekcyjnych na siłowni, żeby normalnie funkcjonować, to ja dziękuję. Wolę wrócić do domu i skoncentrować się na innych rzeczach.

Jak blisko umowy z Lakersami pan był?

Myślę, że blisko. Brakowało rozmowy, podpisu.

Nie kusiło, żeby zagrać z LeBronem Jamesem, mimo że szanse na mistrzostwo były żadne?

Kusiło, ale to byłoby bez sensu, skoro drużyna ma sześć meczów straty do ósmego miejsca, dającego prawo gry w play off. Po co mam wychodzić na mecz ze świadomością, że będę dostawać baty i tak przez następnych 20 spotkań? To nie jest przyjemne wyjść na parkiet w NBA, gdy wiesz, że przegrasz. Były rozmowy i czekaliśmy na powrót drużyny do LA, bo Lakersi mieli serię meczów wyjazdowych. Jeszcze tuż przed przerwą na Weekend Gwiazd była mocna mobilizacja, zapowiedzi walki o play-off, a potem Lakersi przegrali trzy mecze z rzędu i powstały straty nie do odrobienia przy liczbie spotkań, jaka została do końca sezonu. Dodatkowo, na ósmym miejscu byli wtedy Clippersi, którzy mieli lepszy bilans bezpośrednich spotkań, więc Lakers musieliby przeskoczyć dwa zespoły.

Pomówmy więc o przyszłości. Kiedy 1 lipca otworzy się okno transferowe, powalczy pan jeszcze o kontrakt w NBA? Czy bierze pan pod uwagę grę w innej lidze?

Nie będzie innych kierunków, to zapowiadam już dzisiaj, nie ma co spekulować. Nie będzie żadnej drużyny euroligowej, Chin, Rosji, Polski. Będą co najwyżej mecze charytatywne.

Jeżeli się nie uda wrócić do NBA, to zakończy pan karierę?

Jeżeli nie będzie sensownej oferty, to zadecyduję, co zrobię, ale na pewno nie pojadę grać do Chin czy w Eurolidze. Poczekajmy do lipca. Fizycznie czuję się tak dobrze, że mogę pomóc każdej drużynie w NBA, mam ogromne doświadczenie i odpowiednie umiejętności. Nie chcę się teraz deklarować, życie pokaże, co się wydarzy. Jestem gotowy na każdy scenariusz: na powrót do NBA albo zostanie szczęśliwym emerytem.

Bogatym emerytem.

To prawda, ale i tak będę chciał dostać w Polsce 13. emeryturę (śmiech). Mam co robić po karierze, a dodatkowo jestem dumny z tego, co osiągnąłem w NBA. Warto pamiętać, skąd startowałem do tej ligi. Można by o tym książkę napisać, a drugą o tym, co przeszedłem, już będąc tam w środku. Dla debili internetowych mam przesłanie i proszę zacytować dosłownie: niech dalej podziwiają rozgrywki sprzed monitora, a jak się będą chcieli dowiedzieć czegoś więcej, to niech zapytają, chętnie opowiem.

Mówi pan, że fizycznie jest pan gotowy, ale dziś preferuje się środkowych, grających inaczej, rzucających za trzy punkty...

Wiele zależy od roli w zespole. W Clippers rozszedłem się między swoją wizją a tym, co faktycznie robiłem na parkiecie. Grałem z 19-letnim rozgrywającym, który kiedyś będzie gwiazdą, a w Wizards moim partnerem był 27-letni John Wall, jeden z najlepszych na tej pozycji. To była ogromna zmiana. Było zero zgrania i komunikacji między nami. Na pewno mogę pomóc każdej drużynie w obronie, walce o zbiórki, dodać twardości.

Jeden z kibiców napisał na Twitterze: „Wizards się rozpadają, Clippers grają dobrze. Zobaczcie, jak Gortat skleja drużyny".

Nigdy nie byłem problemem w szatni, Amerykanie mówią: „cancer in the locker room". Ci, którzy znają temat, wiedzą, kto jest problemem w Waszyngtonie, i na pewno nie byłem to ja. Byłem tam pięć lat, w tym czasie kilka razy graliśmy w play-off i nawet potrafiliśmy awansować do drugiej rundy. Wiem, co dostarczam do stołu, i warto teraz spojrzeć na statystyki Walla oraz Bradleya Beala – spadają, bo grają z całkowicie innymi wysokimi zawodnikami.

Podobno ludzie z NBA pytali pana o młodego Polaka z Hiszpanii?

Tak. Chodzi o Aleksandra Balcerowskiego. Jego nazwisko padło raz czy dwa. Kiedyś bardziej się interesowałem sprawami transferowymi, rozmawiałem ze skautami, kto się dobrze zapowiada, kto z Europy może przyjść. Ale pamiętajmy, że on musi regularnie wychodzić na parkiet w Hiszpanii jako gracz pierwszej piątki, dostawać dużo minut. Jeśli nie nabierze doświadczenia w Europie, to nawet jeśli dostanie się do NBA, to szybko odbije się od tej ligi. Znam jego ojca, życzę mu dobrze, ale nie pompujmy balonika. Były większe nazwiska, talenty, o których było głośno, a nigdy do NBA się nie dostały. Nie nakładajmy presji na tego młodego chłopaka. Wszyscy mówią, że to jest kolejny Gortat w NBA, a na koniec może nie zostać wybrany w drafcie albo nie dostanie szansy w Lidze Letniej. NBA ma swoje prawa.

Teraz wakacje, a od 1 lipca wraca pan do gry?

Cały czas ciężko pracuję, utrzymuję się w formie. Nie katuję się, ale trenuję na siłowni, biegam. Już do końca życia będę to musiał robić. Poziom, na jakim grałem, sprawił, że jeżeli się zatrzymam, to pojawią się problemy z sercem, z organizmem. Moje stawy są tak zniszczone, że cały czas muszę iść tym samym rytmem. Nie jestem teraz gotowy na 35 minut gry, ale zawałem by się nie skończyło. Mam zaplanowanych kilka wyjazdów, spotkań. Nigdy nie odpoczywam, powoli przestawiam się na inny tryb życia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA