fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

W polskiej koszykówce znika BAT

Adobe stock
Zaległości w wypłatach to nie jest rzadkość w Polskiej Lidze Koszykówki, a przed nowym sezonem wymogi licencyjne zostały jeszcze poluzowane.

Kilka dni temu wszystkie kluby Energa Basket Ligi przeszły przed nowym sezonem weryfikację. Nie było słychać o kłopotach z uzyskaniem licencji. Takiej sytuacji nie pamiętają chyba nawet najstarsi kibice. To może dziwić, bo o problemach w środowisku koszykarskim słychać od dawna. Pieniędzy jest mało, o sponsorów trzeba mocno zabiegać, bo często mają do wyboru dyscypliny nośniejsze medialnie. - W większości klubów jest duża grupa małych i średnich firma lokalnych. To dla nich trochę reklama, uczestniczenie w życiu lokalnym. To jest proza życia, a koszykówka nie jest sportem, w którym się przelewa – mówi „Rz” Janusz Jasiński, prezes Stelmetu Enei Zielona Góra.

Często zdarzają się poślizgi w wypłacie pieniędzy. Niektóre sprawy stają się głośniejsze, zwłaszcza jeśli dotyczą znanych zawodników, albo prowadzą do upadku klubów. Energa Czarni Słupsk stracili sponsora i musieli się wycofać z rozgrywek ekstraklasy. Wiele problemów miał Polfarmex Kutno, który najpierw spadł do 1. ligi, a potem nie dokończył sezonu. Kłopotów nie unikają najwięksi, ci którzy walczą o mistrzostwo Polski. Sprawy o wypłatę wynagrodzenia przed BAT (Koszykarski Trybunał Arbitrażowy) działającym przy międzynarodowej federacji FIBA,  przegrywał Stelmet. 

Głośno było o kłopotach PGE Turowa Zgorzelec, który przed sezonem 2018/2019 nawet nie przystąpił do procesu licencyjnego. Na 30 czerwca 2018 roku dług wynosił ponad 4,3 mln złotych, a był to przecież klub, który zdobywał medale, walczył w elitarnej Eurolidze i miał wsparcie bogatej spółki Skarbu Państwa. Zaległości w płatnościach dotyczą wielu klubów. - Jest mnóstwo zawodników, którzy mają takie problemy, to jest powszechne w naszym sporcie. Sam w kilku klubach z rzędu musiałem podpisać ugodę. Oczywiście, można nie podpisywać, jak zrobił w Kutnie jeden z kolegów. Powiedział, że chce całość i się doczekał. W ciągu dwóch tygodni pieniądze się znalazły. Może dlatego klub upadł? On dostał swoje, a my już nie dostaniemy – opowiada „Rz” Grzegorz Grochowski, zawodnik wielu klubów PLK.

Podpisać ugodę, żeby klub dostał licencję, czy walczyć o swoje i nie oglądać się na kolegów? Jeśli klub nie przejdzie weryfikacji, to mogą się wycofać sponsorzy, miasto obetnie dotację i nie będzie od kogo dochodzić roszczeń. Tylko, że często taka ugoda to fikcja. - To jest papier, który pozwala przejść weryfikację. Podpisałem chyba osiem czy dziewięć takich dokumentów i żadna moja ugoda nie została wypełniona tak, jak to zostało zapisane – mówi „Rz” Grochowski.

Podobnego zdania jest Wojciech Glabas, były koszykarz, a obecnie radca prawny. - Takich klubów jest wiele. Polfarmex Kutno miał bodajże kilkadziesiąt ugód i tak został dopuszczony do rozgrywek 1. ligi, by po kilku tygodniach się z nich wycofać pozostawiając zawodników na lodzie. Kiedy mówimy o jednej, dwóch spornych sytuacjach, klub oczywiście ma możliwość złożenia oświadczenia o pozostawaniu z zawodnikiem w sporze i dzięki temu może dostać licencję. Jeśli jednak twierdzi, że ponad 20 wierzytelności jest spornych, a mimo tego dostaje licencję, brzmi to kuriozalnie. Niestety ugoda do tej była najczęściej jedyną szansą na odzyskanie pieniędzy, gdy chodziło o większą grupę zawodników wobec których klub ma zaległości. Bez licencji nie ma bowiem mowy o przyznaniu klubowi dotacji miejskiej i koło zadłużenia się zamyka – mówi właściciel agencji Underdog Sports Agency.

Jak będą wyglądały finanse klubów Energa Basket Ligi po epidemii koronawirusa? - Budżet pewnie zmniejszy się o około 30 proc., więc o tyle muszą spaść wydatki. Jak? Albo będziemy mieli tańszych zawodników, albo ci, którzy byli z nami, zaakceptują mniejsze pieniądze. Dzisiaj utrzymanie zarobków na poziomie z poprzedniego sezonu już jest „podwyżką”. To niektórzy zawodnicy rozumieją. Negocjujemy obniżkę pensji i z niektórymi się udało porozumieć - mówi „Rz” prezes Jasiński.

Czy epidemia koronawirusa spowoduje większe kłopoty w klubach? Już po przedwczesnym zakończeniu poprzedniego sezonu prezesi klubów PLK wydali wspólne oświadczenie, w którym zapowiedzieli, że kontrakty nie zostaną wypłacone w całości. Równocześnie władze Polskiego Związku Koszykówki zmieniły regulamin na nowy sezon Polskiej Ligi Koszykówki. Już nie trzeba będzie przedstawiać dokumentów o niezaleganiu z wypłatami zawodnikom (ewentualnie podpisanych ugód). Minimalny budżet to nadal 2 mln złotych, ale wystarczy oświadczenie o zgromadzeniu odpowiednich pieniędzy. Czemu tak się stało? 

- Dotychczasowe weryfikacje nie zapobiegły historiom takim jak np. wycofanie się Czarnych Słupsk w trakcie sezonu. Nie mamy jako liga wystarczających narzędzi, więc postanowiliśmy weryfikować nieco inaczej. Są przepisy związane z Urzędem Skarbowym i ZUS-em, każdy prezes spółki akcyjnej powinien je znać. Jeśli nie będzie płacił składek, to zostanie ukarany. Jeśli będzie chciał oszukać i nabrać zawodników, to skończy w trybunale albo innych instytucjach – mówił „Przeglądowi Sportowemu” wiceprezes PZKosz Grzegorz Bachański.

Czy to oznacza, że kłopotów może być więcej? - Proces licencyjny został niewątpliwie uproszczony. Nie chcę mówić o pewnego rodzaju naiwności, bo niektórym klubom można zaufać, a innym dać szansę, że nie spowoduje to zwiększenia spirali zaległości. Niestety, zbiega się to w czasie z okresem koronawirusa, klubom jest trudniej o pieniądze, więc wprowadzanie takich ułatwień weryfikacyjnych uważam za niefortunne – mówi „Rz” Wojciech Glabas.

Znika też możliwość oddawania sporów pod międzynarodowy trybunał BAT. Teraz można się procesować przed działającym przy PZKosz STA lub iść do sądu powszechnego. Ta zmiana, chociaż na pierwszy rzut oka dziwna, nie musi jednak być niekorzystna, zwłaszcza dla Polaków. Koszty postępowania będą mniejsze, a klub, jeśli przegra, nie będzie ponosił dodatkowych opłat, liczonych w tysiącach euro, które musi uregulować w pierwszej kolejności. - Moje zaległości nie były na tyle duże, żeby iść do BAT. Trzeba wpłacić duże pieniądze i dość długo czekać na wyrok – opowiada „Rz” Grochowski. Obcokrajowcy woleli trybunał międzynarodowy, ale zawodnicy i agenci chyba dają się przekonać, bo kluby co chwila ogłaszają podpisanie kontraktów z Amerykanami.

- Wydaje się, że od lat nie jest problemem czy jest to trybunał polski, czy zagraniczny. Najważniejsze jest, jak liga będzie podchodzić do sankcjonowania ewentualnego braku wykonania wyroków. Kluby, które mają kilka nie uregulowanych należności wynikających z wyroków, biorą udział w rozgrywkach jak gdyby nigdy nic. BAT, umocowany przy FIBA był chociaż pewnego rodzaju straszakiem. Oczywiście, w przypadku polskiego trybunału można ostatecznie dochodzić pieniędzy w drodze przymusowej przy udziale sądu powszechnego i komornika, ale jest to bardzo czasochłonne, a gdy zawodnicy zostają bez środków do życia, to liczą się dni, tygodnie – obawia się Wojciech Glabas.

Oczywiście, nie wszystkie kluby mają problemy i złą opinię. Solidnych drużyn też jest dużo, a zawodnicy wypowiadają się pozytywnie m.in. o Polskim Cukrze Toruń, Starcie Lublin czy Kingu Szczecin. Pozostaje mieć nadzieję, że trudne czasy spowodują większą powściągliwość u innych i podpisywanie tylko takich umów, na jakie kluby stać.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA