fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Wojciech Kamiński: Praca w Bundeslidze to spełnienie marzeń

Trener Wojciech Kamiński po zdobyciu Pucharu Polski
Andrzej Romański/Energa Basket Liga
Trener Wojciech Kamiński po kilkunastu latach pracy w Polsce poprowadzi koszykarski klub Mitteldeutscher BC. Czemu polscy trenerzy tak rzadko dostają szansę za granicą? Jakie wyzwania przed nim stają? Czy zrezygnuje z wyjazdu na mistrzostwa świata?

Polscy trenerzy, nie tylko koszykarscy, rzadko pracują za granicą. Kontrakt w zespole Bundesligi to chyba powód do szczególnej dumy?

Wojciech Kamiński: Po kilkunastu latach pracy w polskiej ekstraklasie czas na nowe wyzwania. Bardzo się cieszę i uważam to za duży sukces i wyzwanie oraz szansę, która się przede mną otwiera. Praca w Bundeslidze jest spełnieniem marzeń, ale jednocześnie czuję odpowiedzialność jaka na mnie spoczywa. Jeśli mi dobrze pójdzie, to może przed kolejnymi trenerami otworzy się szansa na pójście w tym kierunku. Jeśli mi się nie uda, to nie będę zadowolony, ale chyba też nikt nie będzie szczęśliwy. Trzeba jednak myśleć pozytywnie. Działacze, zarząd, sponsorzy realistycznie podchodzą do sprawy. Celem jest utrzymanie, a w tym przypadku kontrakt automatycznie przedłuży się na kolejny sezon.

Wcześniej nie było propozycji?

Już w zeszłym roku miałem pierwsze propozycje z zagranicy. Wiedziałem, że Rosa nie będzie chciała, żebym wypełnił trzyletni kontrakt do końca. Było zainteresowanie z Węgier, z klubu grającego w pucharach, a nawet z włoskiej Serie A. Lecz wtedy nic z tego nie wyszło. W tym roku miałem dogadany wieloletni kontrakt z polskim klubem, właściwie byłem zdecydowany. Wtedy odezwało się Mitteldeutscher, zastanawiałem się przez chwilę, ale postawiłem na tę szansę. To nie było nic pewnego, tylko zainteresowanie, potem jeszcze spotkania, rozmowy. Decyzja została podjęta trochę w ciemno. Stwierdziłem: czekamy i ryzykujemy, ale wszystko dobrze się skończyło. To szansa, bo żaden polski trener nie prowadził jeszcze drużyny z Bundesligi. Nie pamiętam, aby jakikolwiek polski trener prowadził drużynę męską w jednej z topowych lig w Europie.

Z czego to może wynikać?

Mało który polski trener miał szansę, żeby prowadzić drużynę bijącą się o coś w europejskich pucharach, a tego trzeba, żeby stać się rozpoznawalnym na arenie międzynarodowej. Druga rzecz: w Polsce kluby niechętnie dają szansę Polakom na grę o coś. Dwa lata temu w finale grał Jacek Winnicki, wcześniej ja. Teraz zdobyłem Puchar Polski, byłem w orbicie zainteresowań czołowych klubów. Jednak nie ma wielu trenerów, którzy dostają taką szansę. Artur Gronek wygrał ze Stelmetem mistrzostwo i Puchar Polski, a w następnym sezonie pracował tylko do grudnia. Polacy dostają mniej kredytu zaufania od prezesów, kibiców. Jak Polakowi nie wyjdzie, to winien Polak, a jak obcemu, to szuka się innych przyczyn. Musimy sami mocniej uwierzyć, że mamy specjalistów, trenerów, którzy się uczą, rozwijają i dawać im szansę. Są bardzo dobrzy trenerzy z zagranicy, ale też wielu, którzy wcale nas nie przewyższają. Mówię tu o koszykówce, ale też piłce nożnej, siatkówce, piłce ręcznej. To, co zrobił Waldemar Fornalik, tylko potwierdza moje słowa.

To, że był pan w sztabie reprezentacji, która awansowała na mistrzostwa świata miało znaczenie?

Wiem, że działacze MBC pisali do selekcjonera Mike'a Taylora, pytali się. Wystawił mi taką laurkę, którą każdy by chciał dostać. Myślę, że 6 lat współpracy w kadrze zaowocowało tym, że docenił moją pracę. Oczywiście, trener ze sztabu kadry, która jedzie na MŚ jest automatycznie wyżej oceniany.

Pojawiły się głosy, że z powodu podjęcia pracy w Bundeslidze nie pojedzie pan na mistrzostwa świata do Chin?

Rozmawiam z prezesem PZKosz Radosławem Piesiewiczem i trenerem Taylorem na ten temat. Ciężko będzie pogodzić obowiązki klubowe, reprezentacyjne, ale też moje osobiste. Niedługo zostanę ojcem. Dla mnie to wielka sprawa, długo czekałem na tę chwilę. Pogodzenie tych trzech rzeczy nie jest niemożliwe, ale nie należy trzymać za dużo srok za ogon i może lepiej się skoncentrować na rodzinie i pracy, z której mogę ją utrzymać. Chętnych do pracy z kadrą nie zabraknie i na pewno będą to osoby, które dobrze wypełnią swoje obowiązki.

Będzie miał pan w sztabie współpracowników z Polski?

Rozmawiam z różnymi osobami, ale na razie za wcześnie, żeby mówić o szczegółach. Dopiero w środę ogłosiliśmy podpisanie kontraktu, teraz będzie czas, żeby porozmawiać ze współpracownikami. Chciałbym bardzo chociaż jedną osobę z Polski wziąć ze sobą.

Nowy rynek, nowi zawodnicy, nowi agenci. Zbudowanie drużyny to będzie wyzwanie?

Do końca tego sezonu obowiązywał w Polsce przepis o dwóch Polakach, którzy musieli być cały czas na parkiecie. Teraz formuła obu lig będzie bardzo podobna. W Bundeslidze można mieć w składzie sześciu obcokrajowców i czterech miejscowych, bo wystarczy dziesięciu graczy w kadrze meczowej. Na razie koncentrujemy się w swoich poszukiwaniach na koszykarzach z niemieckimi paszportami, których musimy mieć, żeby mieć zapewnioną solidną rotację, potem dojdą obcokrajowcy. Ważne kontrakty mają: Sergio Kerusch i Jovan Novak, znany z polskich parkietów. Niewykluczone, że będziemy próbowali zakontraktować kogoś z Polaków.

To realne, że uda się kogoś ściągnąć?

Ja bym chciał sprowadzić Polaków i w klubie też są na tak wobec tej opcji. Dobrych Polaków do Bundesligi nie będzie jednak łatwo ściągnąć, bo kluby polskie klasowych zawodników znad Wisły dobrze opłacają. Może się udać kogoś namówić na pokazanie się w Bundeslidze? Adam Waczyński kiedyś zrezygnował z bardzo dużych pieniędzy w Polsce, pierwszy kontrakt w Hiszpanii miał niezbyt imponujący, a potem podpisał umowę za zdecydowanie większe pieniądze i gra w Maladze, w klubie, który znają wszyscy koszykarscy kibice. Czasem warto wykonać krok w tył pod względem finansowym, aby potem dać trzy susy do przodu. Im więcej nas będzie za granicą, tym lepiej. Dzięki temu poznaje się nową kulturę koszykarską, a nie tylko dusi we własnym sosie. Potem najlepsze wzorce można przenosić do naszej ligi czy Reprezentacji. Trzeba się rozwijać.

Polakom jest dobrze i ciepło w Energa Basket Lidze?

Nie wiadomo jak zadziała zmiana przepisów. Pewnie w pierwszym sezonie po zniesieniu ochrony w postaci obowiązku gry cały czas dwóch Polaków nie wszyscy się zechcą ruszyć. Ale w kolejnym już może chętniej będą myśleli o wyjeździe.

W Bundeslidze zmierzy się pan z trenerem Mike'em Taylorem, który prowadzi Hamburg Towers. To prestiżowy pojedynek.

Nie podchodzę do tego personalnie. Przez te kilka lat pracy w Reprezentacji poznaliśmy się chyba na wylot. Z tego, co mi agenci mówią, to jest ciężko porównywać nas do Hamburga, bo i budżet i cele zupełnie inne, ale fajnie będzie zagrać pierwszy raz przeciwko sobie.

- rozmawiał Łukasz Majchrzyk

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA