fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Niemiecka legenda Teksasu

AFP
Prawie 41-letni Dirk Nowitzki zakończył karierę. Zostanie zapamiętany jako świetny koszykarz, symbol ciężkiej pracy i lojalności.

21 sezonów w jednej drużynie – Dallas Mavericks – to rekord NBA. W tym czasie zdobył ponad 30 000 punktów, co daje mu szóste miejsce na liście najlepszych strzelców wszech czasów (pierwsza piątka: Kareem Abdul-Jabbar, Karl Malone, Kobe Bryant, LeBron James, Michael Jordan), 14 razy wystąpił w Meczu Gwiazd, był MVP sezonu 2006–2007, mistrzem NBA 2011 i MVP Finałów NBA 2011. Ten sezon był dla niego trudny, najpierw leczył kontuzję, a po powrocie na parkiet męczył się i osiągał wyniki dalekie od tych, do jakich przez lata przyzwyczaił. Ale to jeden z tych zawodników, którzy zmienili koszykówkę.

Upragnione mistrzostwo

Ostatni mecz zagrał w San Antonio (Mavericks nie awansowali do play-off). Co ciekawe – w tym mieście zaczęła się jego przygoda z wielką koszykówką. To był 1998 rok, grał wtedy w 2. lidze niemieckiej, w rodzinnym Wurzburgu. Holger Geschwindner, niemiecki trener, wieloletni mentor i przyjaciel koszykarza, wymyślił, że trzeba pojechać do San Antonio na Nike Hoop Summit, mecz, w którym najlepsi młodzi zawodnicy z USA mierzą się z drużyną Reszty Świata. W niedzielę wieczorem Nowitzki zagrał mecz w lidze, a w poniedziałek był wraz z trenerem w samolocie do Stanów.

Zatrzymali się w Dallas. Tam Dirka obserwował Donnie Nelson, syn Dona Nelsona, słynnego trenera, który – ściągnięty z emerytury spędzanej na Hawajach – właśnie objął rządy w Dallas Mavericks. Don Nelson uwielbiał łamać wszelkie schematy. Kiedy jego syn zobaczył młodego Niemca, uznał, że to jeden z najbardziej utalentowanych młodych koszykarzy, jakich widział w życiu, a widział wielu. Dlaczego?

Geschwindner zastanawiał się zawsze, w czym jego podopieczny może być lepszy od innych podkoszowych graczy. Postawił na rzut z dystansu. Kiedy więc Nelsonowie – junior i senior – zobaczyli nieoczywiste umiejętności Niemca od razu uznali, że idealnie pasują do ich niekonwencjonalnej koszykówki. Ale droga do NBA wiedzie przez draft, a kilka klubów wybierało przed Mavs. Nelsonowie chcieli ukryć młodego zawodnika i sprawić, by nie wystąpił w San Antonio. Misterny plan się nie powiódł, Nowitzki zagrał w tamtym meczu i to jak: był najlepszy, zdobył 33 punkty, zanotował 14 zbiórek. I zachwycił NBA. Ale ostatecznie klub z Teksasu dopiął swego: Nowitzki trafił do Dallas, zaczęła się jego wielka przygoda w najlepszej koszykarskiej lidze świata.

W Mavs u jego boku grali początkowo znakomity kanadyjski rozgrywający Steve Nash i Michael Finley, utalentowany skrzydłowy. Ich ostatnie zdjęcie: dwaj poważni panowie, a Dirk nadal w sportowym stroju. Po kilku latach Nash i Finley odeszli, odszedł też trener Don Nelson, a Nowitzki został i dojrzał. Przejął Mavs, odtąd to była jego drużyna, był za nią odpowiedzialny. I poprowadził do Finałów NBA 2006. Tam Mavs musieli jednak uznać wyższość Miami Heat. W kolejnym sezonie Nowitzki został MVP fazy zasadniczej, ale co z tego, skoro Mavs odpadli już w pierwszej rundzie play-off. Ci, którzy nazywali go miękkim Europejczykiem, choć pokazywał wiele razy, że to bzdura, przekonywali, iż mają rację. Taki jest urok NBA, tu wszelkie osiągnięcia nic nie znaczą, dopóki nie masz mistrzowskiego pierścienia.

Zdobył go w 2011 roku i zamknął usta krytykom. Dallas Mavericks wzięli rewanż na Miami Heat, a akurat wtedy nikt się tego nie spodziewał. W składzie Heat byli LeBron James, Chris Bosh i Dwyane Wade (ten ostatni, wybitny zawodnik, też właśnie zakończył karierę), trio, które miało zapewnić Miami mistrzowską dynastię. Dallas byli ubogim krewnym, Dawidem skazanym na pożarcie w pojedynku z Goliatem. – Nie zdobędziesz mistrzostwa z kimś, kto ma europejską mentalność – trener Mavs Rick Carlisle mógł z ironią przypominać słowa krytyków Niemca, a potem wspominał wielkie emocje po ostatnim meczu finału: łzy w oczach Nowitzkiego, łzy w oczach Geschwindnera, który siedział na trybunach. Razem doszli na szczyt.

Hołd od idoli

Nick Van Exel, były koszykarz, mówił, że Nowitzki przypominał mu Larry'ego Birda, legendę NBA. To samo powiedział Rick Pitino, trener Boston Celtics, kiedy Niemiec wchodził do ligi. A on sam zawsze powtarzał, że chce po prostu być coraz lepszy, uczyć się nowych rzeczy. Młodsi koledzy wspominali, jak zostawał na siłowni albo w hali, by jeszcze poćwiczyć. Najbardziej rozpoznawalny atrybut: charakterystyczny rzut z odchylenia, praktycznie nie do zablokowania przy jego wzroście – 213 cm. Rzuty za trzy, wejścia pod kosz, zbiórki, ale też efektowne podania – umiał wszystko.

A mentalnie? Adrian Griffin, kolega z drużyny, opowiadał, że zawsze był spokojny, miał tę pewność siebie, którą wyróżniali się najwięksi – Michael Jordan czy Kobe Bryant. To dodawało też pewności partnerom, bo gdy jest Dirk, to zawsze jest szansa. Może zacznie trafiać trójki jedna za drugą, może zrobi coś innego, równie magicznego?

Poza parkietem był zwyczajny, nie dawał nikomu odczuć, że jest gwiazdą. Jakby pozostał tym małym Dirkiem z Wurzburga – nieśmiałym, raczej zamkniętym w sobie. I lojalnym. Donnie Nelson mówił, że wiele razy mógł odejść, mógł powiedzieć

– pozwólcie mi skończyć w Golden State Warriors. Miał telefony od najlepszych, którzy chcieli dać mu szansę na kolejny tytuł, a jednak wolał zostać w Maverics. Traktował klub jak rodzinę. Za to ma wielki szacunek.

Geschwindner, który stosował wiele niekonwencjonalnych metod motywacyjnych, chciał, żeby widział koszykówkę jak taniec albo muzykę. Aby czuł rytm. Podobno nawet kupił Nowitzkiemu saksofon na święta. A po przegranych finałach NBA wziął go do opery. Chociaż Nowitzki wolał rap, sam rapował i Nick Van Exel nazywał go czarnym Niemcem.

Po ostatnim meczu w Dallas była ceremonia pożegnalna. W komplecie stawili się ci, których kiedyś wymieniał jako swoich idoli: Larry Bird, Charles Barkley, Scottie Pippen, Shawn Kemp i Detlef Schrempf. Larry Bird powiedział: – Zostawiasz te grę lepszą, niż była, kiedy tu przychodziłeś.

To wielki komplement, ale prawdziwy i największe dziedzictwo Nowitzkiego. W Dallas będzie teraz jakoś dziwnie – przecież Dirk był zawsze. Jeden z kibiców wspominał, że był dzieckiem, kiedy tata wziął go po raz pierwszy na mecz. Potem kończył różne szkoły, teraz już pracuje i Dirk był symbolem Mavericks przez cały ten czas.

Na szczęście dla fanów chyba nigdzie się nie wybiera, mówi, że jest Teksańczykiem, tu mieszka z żoną i trójką dzieci. A w Dallas są już kolejni zdolni Europejczycy: Słoweniec Luka Dončić i Łotysz Kristaps Porzingis.

Autor jest dziennikarzem „Kroniki Beskidzkiej"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA