fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Krzyżak: Kryzysu w Kościele nie wolno ignorować, trzeba mówić

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Kościołowi w Polsce udało się zatrzymać spadek powołań do kapłaństwa. Nie oznacza to jednak, że możemy spać spokojnie. Przynajmniej my, katolicy.

Jeszcze dwa miesiące temu wydawało się, że w nadchodzącym roku akademickim po gmachach seminariów duchownych będzie hulał wiatr. Były bowiem takie diecezje, gdzie nie zgłosił się żaden kandydat do kapłaństwa. Biskup Andrzej Przybylski w archidiecezji częstochowskiej zainicjował nawet specjalną pielgrzymkę kapłanów, której głównym celem była modlitwa w intencji powołań. O modlitwy takie prosił też ruszających z Warszawy na Jasną Górę pątników kardynał Kazimierz Nycz. O kryzysie powołań dyskutowano na portalach internetowych, a temat ten był jednym z gorętszych podczas wakacyjnych rozmów – przynajmniej w środowiskach bliskich Kościołowi.

Wydaje się, że modlitwy zostały wysłuchane. Jak podała w ub. tygodniu Katolicka Agencja Informacyjna w październiku formację (w seminariach diecezjalnych i zakonnych) rozpocznie 622 mężczyzn – to o 45 więcej niż w roku ubiegłym. Kandydatów może być jednak nieco więcej, bo w niektórych seminariach wciąż trwają procedury naboru. Na pewno jednak nie uda się osiągnąć liczby 1727 kleryków na pierwszym roku – a taką rekordową liczbę przyjęto do polskich seminariów w roku 2005. Tylko do seminariów diecezjalnych zgłosiło się wówczas 1145 mężczyzn. Potem, z roku na rok, było ich coraz mniej. W porównaniu rok do roku ubytki nie były wprawdzie duże, ale np. w roku 2016 do furt seminaryjnych zapukało już tylko 444 kandydatów – najmniej w całej powojennej historii Polski!

Wydaje się, że przez lata spadek powołań nieco bagatelizowano. Wskazywano np., że za mniejszą liczbą kandydatów do kapłaństwa stoi kryzys demograficzny. Szukano innych poprawiających samopoczucie wymówek. Od duchownych odpowiedzialnych za formację młodych kapłanów można było usłyszeć, że młodych może w seminariach jest mało, ale za to przychodzą ludzie dojrzali, ukształtowani, doświadczeni przez życie. „Nie idzie o ilość, ale o jakość" – powiadali.

Dziś wiele osób zapewne się cieszy. Przynajmniej trochę. Wiele bowiem wskazuje na to, że udało się zatrzymać spadek powołań i nastąpiła pewna stabilizacja. Optymiści odetchną z ulgą i zakrzykną, że Polska nie idzie drogą zgniłego Zachodu. Pokażą na Niemcy, gdzie w tym roku wyświęcono tylko nieco ponad 70 nowych księży. Ale zatrzymanie trendu i stabilizacja nie oznacza, że rektorzy seminariów, księża odpowiedzialni za kwestie powołań, biskupi, a także pozostali wierzący, mogą spać spokojnie. W tej sprawie wciąż jest wiele do zrobienia. A modlitwie o powołania trzeba też pomagać w inny sposób.

Niektórzy twierdzą, że kryzys powołań to w istocie kryzys wiary. Inni, że w dzisiejszym zglobalizowanym świecie młodemu człowiekowi trudno jest usłyszeć głos powołania, a jeszcze trudniej na niego odpowiedzieć. Zwłaszcza że służba kapłańska jest dziś bardzo często atakowana i wyśmiewana.

I jedni, i drudzy mają rację. Jesteśmy w kryzysie. I nie powinniśmy już uciekać przed mówieniem o nim. Jako katolicy powinniśmy zainicjować poważną debatę w tym zakresie i wspólnie szukać dróg wyjścia. Póki jeszcze nie jest za późno... Na radość przyjdzie czas.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA