fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Krystyna Szumilas: Testy nauczycieli to zły pomysł

Krystyna Szumilas
Krystyna Szumilas, b. wiceminister edukacji
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Nie chodzi o dobrostan uczniów, tylko o brak środków – mówi Krystyna Szumilas, b. wiceminister edukacji.

Dzieci z klas I–III po 18 stycznia będą mieć lekcje w szkołach. Czy to jest dobra decyzja?

Skończył się pewien etap chaosu. To, co do poniedziałku przeżywali rodzice, nauczyciele i samorządy, to był naprawdę komunikacyjny chaos. Minister Przemysław Czarnek mówił o powrocie do szkół, a minister Adam Niedzielski o tym, że to byłoby za szybko. Ci, którzy tak bardzo na tę decyzję czekali, mają dziś jasność, co ma się stać 18 stycznia. Ale to, czy jest to dobrze poukładane, jest inną sprawą. Bez wątpienia najbardziej na edukacji zdalnej tracą najmłodsze dzieci, bo im najbardziej jest potrzebny kontakt z nauczycielem i rówieśnikami. Dzieci uczą się w tym wieku pracy w grupie, respektowania pewnych zasad czy pomagania innym. To bardzo istotne, żeby miały kontakt. Nie wiem jednak, czy jest to odpowiedni moment na powrót do szkół i czy zostało to dobrze przygotowane.

Dlaczego ma pani wątpliwości?

Chaos informacyjny, który płynie z rządu, ekspertyzy i informacje, które raz mówią o tym, że mamy wirusa w odwrocie, a innym razem, że mamy trzecią falę, powodują, że obywatele nie wierzą rządowi w to, co mówi. Bez względu na podejmowane decyzje mamy wątpliwości co do rzetelności przekazywania danych i podstaw tych decyzji. Jako nauczyciel cieszę się, że dzieci będą miały możliwość powrotu do nauki, ale znając warunki pracy w szkole, obawiam się, że nie do końca przemyślany został powrót uczniów do placówek.

Podczas pandemii pojawiały się różne formy edukacji, w tym edukacja stacjonarna, zdalna i hybrydowa. Jaką formę nauczania w tej sytuacji uważa pani za najbardziej efektywną?

Nauczanie hybrydowe, które proponuje Ministerstwo Edukacji, to nie jest prawdziwa hybryda. To tylko reakcja na zachorowania w szkołach. Jeśli w klasie stwierdzono, że dziecko lub nauczyciel jest chory, klasa była wysyłana w całości na zdalne nauczanie, a reszta szkoły uczyła się normalnie. Prawdziwa hybryda polega, po pierwsze, na dbaniu o kontakt między uczniami a nauczycielami, a po drugie, na gwarantowaniu jak największego dystansu między uczniami.

W jaki sposób?

Prawdziwe nauczanie mieszane wygląda tak, że część lekcji jest organizowana w szkole dla poszczególnych klas, a część lekcji te same klasy mają w domu. Nauczyciele mówią, że najłatwiej byłoby im zorganizować nauczanie hybrydowe polegające na tym, że starsi uczniowie tydzień uczą się w szkole, a tydzień w domu. Wówczas mamy mniejsze zagęszczenie w placówkach i łatwiej zorganizować kontakt z tymi samymi nauczycielami. Bo pozostali nauczyciele mogą pracować zdalnie. Są dwie niezwykle istotne rzeczy: kontakt między uczniami i nauczycielami oraz ograniczenie kontaktów w szkole. Nawet w sytuacji, w jakiej jesteśmy dziś, rząd wraca do myślenia o otwarciu szkół, jak we wrześniu. Wszystkie klasy I–III mają wrócić do szkoły i uczyć się w systemie, w którym uczyły się do tej pory. Z jednej strony rząd mówi, że jedna klasa powinna mieć w miarę możliwości jednego nauczyciela, a z drugiej strony wiemy, że w pierwszych klasach są lekcje, których uczą różni nauczyciele: języka angielskiego, religii, wychowania fizycznego. Mówienie dyrektorom: „zorganizujcie to tak, żeby był jeden nauczyciel", to jest fikcja.

Jak przerwa w nauczaniu odbije się na uczniach? Na przykład na maturzystach i ósmoklasistach?

Eksperci mówią o stracie edukacyjnej. Jeżeli chodzi o treści, które uczniowie przyswoją podczas nauczania zdalnego, to jest to 70 proc. tego, czego nauczyliby się w normalnych warunkach, jeżeli chodzi o przedmioty humanistyczne, i 50 proc. – w przedmiotach ścisłych. Rząd powiedział np. maturzystom: „z tego nie będziemy was pytać". A to są na ogół zagadnienia, których na egzaminach i tak nie było. To zabieg propagandowy, a nie realna poprawa sytuacji. Trzeba przejrzeć podstawę programową i usunąć z niej część materiałów, bo podstawa minister Zalewskiej jest przeładowana. To, co nie pozwala na realizowanie dodatkowych zajęć np. przed egzaminami, to brak środków. Rząd nie da na to dodatkowych pieniędzy. Mam też wrażenie, że motorem w sprawie klas I–III nie był dobrostan dzieci, ale przede wszystkim brak środków na wypłacanie zasiłków dla rodziców najmłodszych dzieci. Rozumiem, że państwo jest w kryzysie, ale 2 miliardy na telewizję publiczną to pieniądze, które w zupełności wystarczyłyby na realizację zajęć i wypłat.

Dlaczego nauczyciele nie chcą się testować? Stworzono możliwość dodatkowych testów, ale niewielu z niej korzysta.

Pewnie chętniej by się testowali, gdyby rząd powiedział: „poważnie was traktujemy, będziemy was szczepić tak szybko, jak się da, a do tego czasu zrobimy wam testy". Jeszcze w poniedziałek nauczyciele nie wiedzieli, czy wrócą do szkół, a już mieli iść się testować. Przecież każdy wie, że test może wyjść z wynikiem negatywnym, a następnego dnia można zachorować. Propagandowa akcja testowania tylko szkodzi przekonaniu społeczeństwa, że to wszystko jest robione z sensem. Nauczyciel może w poniedziałek przyjść do szkoły i być chory, mimo że w sobotę miał wykonany test. To jest sposób sprawdzenia, czy wśród nauczyli dużo osób jest chorych, ale to nikogo nie uspokoi co do zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom, rodzicom i nauczycielom w szkołach. Wydaje mi się, że to poroniony pomysł.

—współpraca Ada Michalak

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA