fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Łomanowski: Putin pokrzykuje, obraża, grozi

AFP
Po raz 11. rosyjski prezydent zwołał wielką konferencję prasową dla ponad tysiąca dziennikarzy. W przeciwieństwie do poprzednich, tym razem niczym nikogo nie zaskoczył.

Jego unikanie bezpośrednich odpowiedzi było tak przewidywalne, że znany rosyjski pisarz i satyryk Wiktor Szenderowicz dziwił się, iż ktoś jeszcze chce zadawać pytania.

A prezydent znów próbował przedstawić obraz wielkiej Rosji. Dlatego też nie potrafił zrozumieć, czemu Turcja 24 listopada zestrzeliła rosyjski bombowiec. Putin posunął się nawet do stwierdzenia, że Ankara, likwidując samolot, „chciała polizać Amerykanów w pewne miejsce". Prawdopodobnie rosyjskiemu przywódcy nie przychodzi nawet do głowy, że jego samoloty (a szczególnie bombowce) naruszające cudzą przestrzeń powietrzną po prostu mogą zostać zestrzelone, gdyż stanowią zagrożenie.

Putin ma zresztą problem z określeniem, co jest „cudze", a co „własne". W czwartek powiedział, że na terytorium sąsiedniego kraju, Ukrainy, przebywają „określeni ludzie (z Rosji), którzy zajmują się rozwiązywaniem określonych problemów, w tym militarnych". Zatem rosyjski prezydent po półtora roku wojny przyznał się do wojskowej interwencji na Ukrainie. Na początku obecnego roku Putin przyznał, że zajęcie Krymu było operacją jego sił specjalnych. Wcześniej energicznie temu zaprzeczał, tak jak i obecności rosyjskich wojsk w Donbasie.

Jednocześnie zażądał od Ukrainy wymiany jeńców według zasady „wszystkich na wszystkich" – którą Kijów proponuje od półtora roku, a na którą Putin wcześniej się nie zgadzał. Wśród wymienianych jeńców ma być i ukraiński reżyser Oleg Siencow, i porwana z terytorium Ukrainy pilot Nadija Sawczenko. W zamian prezydent chce „ludzi przetrzymywanych w więzieniach w Kijowie". A tam siedzą różnego rodzaju rosyjscy terroryści i dywersanci złapani przez Ukraińców głównie w Charkowie, w każdym razie z dala od strefy walk w Donbasie.

Znów więc Putin się przyznał. Tym razem do prowadzenia dywersyjnej wojny z Ukrainą. Tak jakby już nie zależało mu na ukrywaniu czegokolwiek albo był zbyt zmęczony, by dalej udawać.

Bez przekonania zapewniał również, że Rosja ma plan w sprawie wojny w Syrii: walczyć tam tak długo, „jak długo walczy armia syryjska (prezydenta Asada)". Tyle że to oznacza kampanię wojenną już nie na trzy, cztery miesiące (jak mówił w październiku) ani na rok (jak mówił w listopadzie), ale na lata. I nie widać, by Putin miał jakiś pomysł na polityczne zakończenie tego konfliktu – poza sprzeciwianiem się amerykańskim pomysłom.

Najwyraźniej nie wie też, jak zakończyć konflikty z Turcją i Ukrainą. Może nie chce tego robić, wiedząc, że oba przegrał i wraz z ich zakończeniem musiałby się do tego przyznać. Dopóki więc trwają, może udawać wielkiego i zwycięskiego polityka, decydującego o losie świata. Pokrzykuje więc, obraża i grozi, licząc, że a nuż stanie się coś, co pozwoli mu wyjść z twarzą z wojen, w które sam wpakował swój kraj.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA