fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Żukowski: Radość bez nadziei

AFP
Dwadzieścia lat między pierwszym a drugim mistrzostwem świata to dla Francuzów czas straconych złudzeń.

Kiedy triumfowała drużyna Aimé Jacqueta, Francja była inna, niż jest dzisiaj, gdy wygrał Didier Deschamps. Znów jest radość, ale już mało kto ma nadzieję, że ten sukces zmieni kraj. Po roku 1998 Francja „black-blanc-beur" (czarno-biało-arabska) miała mieć piłkarski fundament, ale okazało się, że zamiast jedności nadszedł czas terroryzmu.

Tamta feta na Polach Elizejskich była beztroska, teraz to już święto pod specjalnym nadzorem i wszyscy zdają sobie sprawę, że najpiękniejsza ulica Europy jedynie na chwilę była Deschamps Élysées.

W roku 1998 na Łuku Triumfalnym pojawiła się twarz Zinédine'a Zidane'a i spontanicznie padło hasło „Zidane na prezydenta". Nikt tego oczywiście nie traktował wprost, ale sugestia, by ojciec zwycięstwa, Algierczyk urodzony w najtrudniejszej z trudnych dzielnic Marsylii, odezwał się w sprawach politycznych, była jak najbardziej serio.

Zidane nigdy tego nie zrobił, czym zawiódł zarówno tych, którzy chcieli w nim widzieć herolda francuskich, republikańskich cnót, jak i tych, którzy mieli nadzieję, że przypomni kolonialne krzywdy i nieudaną integrację przybyszów z Afryki stłamszonych w podmiejskich gettach.

Obecni mistrzowie świata, wychowani w większości na paryskich przedmieściach, czują, że od nich też oczekuje się deklaracji wykraczających poza futbol, bo Francja, podobnie jak cała Europa, jest w punkcie zwrotnym. Większość reprezentantów to nie są ludzie „urodzeni ze srebrną łyżeczką w ustach", jak mówi o dzieciach z bogatych domów francuskie przysłowie. Czy oni też nie dadzą się wykorzystać w polityce? Wiele na to wskazuje, gdyż Francja, nawet jeśli bywała dla nich macochą, wciąż ma wielką siłę przyciągania, daje sławę i dostatek, dlatego najzdolniejsi wybierają grę dla Trójkolorowych, a nie dla ojczyzn przodków – Senegalu, Kamerunu czy Algierii. A jeśli już dokonało się takiego wyboru, dla świętego spokoju – własnego i sponsorów – lepiej trzymać się boiska.

Gdy patrzy się na obecną radość Francuzów – niezależnie od wszelkich historycznych refleksji – nie sposób im po prostu nie zazdrościć. Oni zresztą zawsze umieli wprowadzać sportowców do narodowego panteonu. Bohaterowie ludu w sposób naturalny stawali się bohaterami Francji. Kolarze Raymond Poulidor i Jacques Anquetil, bokser Marcel Cerdan, tenisista Yannick Noah czy Zinédine Zidane są tego najlepszymi przykładami.

Sport wszędzie stał się jednym z filarów kultury masowej, milcząco akceptujemy jego nachalną promocję i tylko od czasu do czasu – tak jak teraz Francuzi – czujemy, że na boisku, w ringu, na trasie kolarskiego wyścigu czy podczas igrzysk olimpijskich dzieją się rzeczy wzruszające.

My też mieliśmy kiedyś takie jedno lato. Kiedy na mundialu w Niemczech (wówczas RFN) zespół Kazimierza Górskiego wygrywał mecz za meczem, w kraju (wówczas PRL) panowała gorączka. Był rok 1974, jeszcze wydawało nam się, że rośniemy w siłę, że będziemy żyli lepiej w tym podobno najweselszym baraku w całym obozie.

Kiedy autobus wiozący drużynę jechał przez Warszawę, na ulicach były tłumy, a ponieważ przystankiem końcowym był gmach komitetu centralnego rządzącej partii (potem siedziba giełdy), najwięcej ludzi zgromadziło się na dzisiejszym rondzie de Gaulle'a. Ci, którzy byli wewnątrz gmachu, opowiadali potem, że pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek podszedł do okna, spojrzał w dół i powiedział do premiera Jaroszewicza: „Zobacz, Piotr, jakie mamy poparcie".

Emmanuel Macron wczoraj przyjął piłkarzy w Pałacu Elizejskim. Tam z okna widać głównie ogród, więc nastrój ulicy prezydenta nie zwiódł, zresztą Macron wie, że 20 lat temu Jacques Chirac też w euforii przyjmował piłkarzy, a wkrótce potem na paryskich przedmieściach płonęły samochody.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA