fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolarstwo

Egan Bernal, jeździec Apokalipsy

Egan Bernal zwyciężył, startując w Tour de France dopiero drugi raz
AFP, Anne-Christine Poujoulat
Kilka lat temu nie był pewien, co wybrać – kolarstwo czy dziennikarstwo. Postawił jednak na rower i w niedzielę wygrał Tour de France.

Kiedy przeżywał zawodowe rozterki, jego podstawowym sprzętem do treningu był rower górski. Egan Bernal specjalizował się w MTB. Wygrywał lokalne zawody w tej konkurencji, ale powoli tracił motywację.

Rodzice ciężko pracowali, żeby utrzymać jego i młodszego brata. Ojciec German był ochroniarzem w rodzinnej miejscowości Zipaquira, matka Floresita najmowała się do różnych prac na plantacji goździków i w lokalnym szpitalu.

Czytał Kapuścińskiego

Egan chciał pomóc rodzinie, a kolarstwo górskie nie gwarantowało wielkich pieniędzy. Lokalne grupy ledwo wiązały koniec z końcem. Na wyjazdy zagraniczne trzeba było zapożyczać się u sponsorów. „Kiedy w 2013 roku drugim miejscem w Tour de France upajał się Nairo Quintana, będący objawieniem w wyścigu, Egan Bernal siedział w ławce znanego w całej Ameryce Południowej Uniwersytetu Sabana i zaczytywał się w Kapuścińskim" – pisze o zwycięzcy Tour de France francuski dziennik „Le Monde". Młody kolarz znalazł alternatywę – dziennikarstwo i komunikację społeczną. Uniwersytet Sabana prowadzony jest przez Opus Dei.

Bernal nie chciał jednak rezygnować z kolarstwa. Po pół roku zajęć widział, że jednak nie da się połączyć ciężkiego treningu na rowerze ze studiami. Postawił na sport. Przekonywali go do tego rodzice, szczególnie ojciec, były kolarz, widzący w synu – jak każdy ojciec – wyjątkowy talent. Rok później, w 2014 roku, 17-letni Kolumbijczyk zdobył srebrny medal na mistrzostwach świata MTB w Norwegii. Nazwisko Bernal pojawiło się w notesach kilku kolarskich agentów.

Jako pierwsi uwierzyli w niego Włosi. Zawodowy kontrakt zaoferował mu menedżer Gianni Savio z grupy Androni. Umowa została podpisana na balkonie Kolarskiej Federacji Monaco, skąd roztaczał się widok na Morze Śródziemne. Bernal wypływał na szerokie wody. Zdobył jeszcze jeden medal w MTB, ale zrezygnował z kolarstwa górskiego. Przeprowadził się do Europy. Najpierw zamieszkał na północy Włoch, od kilku miesięcy mieszka i trenuje w Andorze. Rodzice przeszli na jego utrzymanie.

Chudy, ale nie szkielet

Góry są dla niego naturalnym środowiskiem. Pochodzi z Zipaquira, 100-tysięcznej miejscowości, położonej 40 km na północ od Bogoty na wysokości 2700 m n.p.m., w sercu zachodnich Andów. Jazda na rowerze w takich warunkach była dla Bernala chlebem powszednim. Od siódmego roku życia pokonywał górskie trasy. Przez wiele lat dojeżdżał do Pacho, rodzinnej miejscowości jego matki, położonej na wysokości 3400 m n.pm. Powiedział sobie kiedyś, że jeśli przejedzie ten 40-kilometrowy górski odcinek poniżej godziny, to kiedyś wygra Tour de France. W tym roku pokonał tę trasę w 58 minut.

Francuski dziennik „L'Equipe" opisuje, jak w Andach kolumbijski szkoleniowiec Bernala zaaplikował mu siedmiogodzinny trening na 240-kilometrowej trasie z wielką różnicą poziomów. Od ubiegłego roku wraz z kolegami przejeżdżał ją sześciokrotnie. Większość nie wytrzymywała, po jakimś czasie ktoś wsiadał do autobusu, ale nie Bernal. On jedyny za każdym razem dawał radę i po przejechaniu 240 km wyglądał rześko, jakby w ogóle nie cierpiał. Ten zespół treningowy nazwano Team Apokalypsis.

Łatwość jazdy w górach, poza czysto technicznymi umiejętnościami, wynika z niebywałej wydolności Bernala. Zdaniem trenera reprezentacji Kolumbii Jenaro Lequizamo fizjologiczne możliwości zwycięzcy Tour de France „nie mają granic". – To kolarz, który jest w stanie wygrać Tour de France nie raz, ale kilka razy. Już w wieku 17 lat miał sylwetkę zawodnika profesjonalnego. Był chudy, ale nie wyglądał jak szkielet. Indeks tkanki tłuszczowej wynosił 5 procent. Ma krótki tułów i długie nogi, co pozwala mu dobrze jeździć na czas.

Do tego dochodzi też nieprawdopodobnie wysoki współczynnik VO2max, czyli maksymalny pobór tlenu. Gdy w 2017 roku Bernal podpisywał kontrakt z grupą Sky, wynosił on u niego 88,8 i był wyższy niż u Nairo Quintany i Christophera Froome'a oraz tylko nieco niższy niż u pięciokrotnego zwycięzcy Tour de France Hiszpana Miguela Induraina.

Kolumbijczyk słusznie może uchodzić za jeźdźca Apokalipsy.

Kolejka chętnych

Kiedy tylko zademonstrował swoje możliwości na szosie, wygrywając w 2017 roku młodzieżowy Tour de France, czyli Tour de l'Avenir, ustawiła się do niego kolejka chętnych. Z półzawodowej grupy Androni chcieli go wykupić menedżerowie hiszpańskiego Movistaru i brytyjskiego Sky (dziś Ineos). Mocniejsze argumenty w ręku miał Dave Brailsford ze Sky. Zapłacił Włochom 300 tys. euro. Bernal przeszedł do najsilniejszej grupy w kolarskim peletonie.

Nie oznaczało to wcale, że zdobył tym serca Kolumbijczyków. Kiedy pierwszy z alpejskich etapów tegorocznej Wielkiej Pętli wygrał Quintana, to on był bohaterem, a Bernal mimo że awansował w tym dniu na drugie miejsce w klasyfikacji generalnej, wciąż pozostawał w cieniu.

Rodacy przez długie lata liczyli właśnie na Quintanę, skromnego syna andyjskiej wsi, zamkniętego w sobie, mającego kłopoty z wysławianiem się. Ten ludowy bohater miał być pierwszym kolumbijskim kolarzem, który wygra Tour de France. Drugie miejsce w rankingach popularności zajmował Rigoberto Uran. Bernal był mało znany, na jego niekorzyść mimo świetnych ostatnich wyników (zwycięstwo w wyścigach Paryż – Nicea i Tour de Suisse) przemawiał fakt, że jeździł w zespole Ineos, w którym liderem był zwycięzca ubiegłorocznego Touru Walijczyk Geraint Thomas.

Kolarski kraj

Kiedy jednak w piątek Bernal objął prowadzenie w wyścigu, gratulowali mu wszyscy – politycy, celebryci, piłkarze. Dla mieszkańców tego kraju kolarstwo jest drugim sportem po piłce nożnej. Quintana i Uran jako pierwsi zajmowali miejsca na podium Tour de France. Ale wcześniej Victor Hugo Pena w 2003 roku jako pierwszy Kolumbijczyk jechał w żółtej koszulce lidera Wielkiej Pętli, Santiago Botero trzykrotnie wygrywał etapy w TdF i we Vuelcie, Lucho Herrera dwukrotnie zwyciężał w klasyfikacji górskiej Touru w latach 80.

Wyścig Dookoła Kolumbii powstał w 1951, choć w kraju toczyła się wtedy wojna domowa, która pochłonęła 300 tysięcy ofiar.

Sponsorem jednej z grup kolarskich był kokainowy król Pablo Escobar. Od niedawna rząd kolumbijski wykorzystuje propagandowo kolarstwo jako dziedzinę jednoczącą kraj i świadczącą o jego prosperity.

Zwycięstwo Egana Bernala w Tour de France też może zostać do tego wykorzystane, ale to przede wszystkim triumf skromnego chłopaka z Andów, który kiedyś zaczytywał się w Kapuścińskim.

Autor jest dziennikarzem portalu Interia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA